Translate

niedziela, 13 lipca 2014

Nad Gobelinem
Akira x Hikaru z Hikaru no Go
Dzisiaj było bardzo pochmurno i Hikaru był pewien że zanim dojdzie na spotkanie ze swoim rywalem już się rozpada. Ruszył więc biegiem do domu zielonowłosego geniusza gdzie się tym razem umówili. Jak przewidział chłopak kiedy był mnie więcej w połowie drogi zaczęło padać. Hikaru jednak nie pogoda nie przeszkadzała. W końcu on i Akira nie widzieli się już przeszło dwa tygodnie. Był ciekaw jak się ma Akira i po prostu za nim tęsknił. Od jakiegoś czasu Toya nie zaprzątał jego myśli jedynie jako rywal i ktoś kogo chce dogonić ale jako chłopak. Już od czasu kiedy Sai odszedł Hikaru zrozumiał że dziewczyny go nie interesują. Bał się tego co może się stać kiedy ktoś się dowie. Mimo tego chciał być coraz bliżej Akiry.
Tymczasem obiekt rozmyślań blondyna stał przy oknie w swoim pokoju i obserwował deszcz. Na środku pokoju stał gobelin gotowy do gry a na parapecie koło chłopaka leżał ręcznik specjalnie przygotowany na przyjście gościa. Już od jakiegoś czasu chłopcy spotykali się u któregoś w domu dzięki temu nawet jak się pokłócili to po jakimś czasie wracali do gry. Tym który to zaproponował był Shindo-kun ale Akira nie miał nic przeciwko. Przy pierwszym spotkaniu skończyli na tyle późno że zielonowłosy musiał zadzwonić do domu że wróci dopiero rano. Nastolatek uśmiechnął się widząc znajomą postać przedzierającą się przez deszcz. Chwycił ręcznik i wyszedł do korytarza.
- Wytrzyj się i przebierz. Ubrania masz w łazience.
- Wiesz co mógłbyś się chociaż przywitać.
- Przyjdź do pokoju jak skończysz. Chcesz coś do picia?
- Herbaty.
Odpowiedział Hikaru po czym już bez butów pobiegł do łazienki. Tymczasem Akira spokojnie ruszył do kuchni zrobić dwie herbaty i wziąć jakieś ciastka. Dzisiaj wyjątkowo był sam w domu więc cieszył się dodatkowo z odwiedzin przyjaciela.
Po godzinie obaj skończyli grę ze znacznym zwycięstwem Toyi.
- Powinieneś był mnie tu zablokować.- Oznajmił pewnie zielonowłosy. Tymczasem Shindou nawet nie patrzył na planszę. W końcu niesiony impulsem pochylił się nad gobelinem tak że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.
- Akira.- Słysząc swoje imię chłopak poderwał wzrok. Kiedy ich oczy się spotkały blondyn przybliżył się jeszcze trochę do rywala sprawiając że ich usta się zetknęły. Chcąc zasmakować może jedyny raz Akiry Hikaru zaczął go całować. Toya był zaskoczony. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw ale nie przeszkadzało mu to. W zasadzie to już dawno  uzmysłowił sobie że jego fascynacja Shindo nie jest normalna. Nie byli przyjaciółmi a jednak spotykali się i rozumieli bardzo dobrze no może z wyjątkiem niektórych strategii w grze. Język próbujący dostać się mu do ust przerwał rozmyślania Akiry. Poddając się przyjemnemu uczuciu zaczął odwzajemniać pieszczotę. Czując to Hikaru naparł na niego jeszcze bardziej. Jedno kolano postawił na gobelinie a ręce wplótł w długie miękkie włosy o kolorze trawy.
- Ach!- Jęknął cicho Akira. W końcu obu zabrakło powietrza. Do Shindou zaczęło docierać co właściwie zrobił. Wszystko z chrzanił. Przecież to niemożliwe żeby Toya naprawdę oddał ten pocałunek. Prawda? Nie myśląc nad tym dłużej poderwał się na równe nogi.
- Przepraszam!- I zanim Akira zdążył jakkolwiek zareagować wybiegł na deszcz. Mimo że padało on był rozgrzany. Nie czuł też zmęczenia będąc zbyt zdenerwowanym. Wpadł do mieszkania niczym się nie przejmując i zamknął się w łazience. Tam osunął się po drzwiach i cicho szlochał.
Tymczasem Toya po krótkiej chwili niezrozumienia co właściwie się stało podniósł się z determinacją wypisaną na twarzy.
- O nie, nie będziesz po czymś takim uciekał tchórzu.
Szybko założył kurtkę i buty zgarnął parasolkę po czym ruszył do mieszkania jego gościa. Po parunastu minutach był na miejscu. Zapukał.
- Och Akira-kun. Znowu się pokłóciliście. Wejdź proszę Hikaru jest w łazience. Może się napijesz i coś zjesz a ja go zawołam?
- Nie dziękuję ale sam do niego pójdę.- Chłopak sprawnie wspiął się po schodach a następnie zapukał w drzwi toalety.
- Otwieraj tchórzu. Nie możesz od tak sobie całować ludzi a potem uciekać.- Jego słowa nie odniosły żadnego skutku.- Jak zaraz nie otworzysz to pójdę na dół i powiem twojej mamie dlaczego się pokłóciliśmy.- Tym razem usłyszał dźwięk przekręcanego zamka. Po chwili ukazała mu się zapłakana twarz Hikaru. Nie namyślając się wiele zielonowłosy popchnął go w głąb pomieszczenia zamykając za nimi drzwi.- Teraz może mi wytłumaczysz co to było u mnie w domu?
- Ja… bo… po prostu…- Zniecierpliwiony Akira przyparł blondyna do ściany i pocałował. Ostro namiętnie.
- Zanim następnym razem uciekniesz zastanów się co czuje ta druga osoba głupku.

Hikaru uśmiechnął się niepewnie po czym znowu sięgnął do ust Akiry.

6. Pociąg.

Na peronie jak zawsze panował wielki tłok. Ludzie przepychali się, rozmawiali i żegnali. Choć dzisiaj nie było ich tak wielu to i tak był odczuwalny. W końcu to dodatkowy rocznik miał się udać do szkoły a wraz z nim Harry Potter. Chłopak razem z przyjaciółmi szybko udał się do pociągu. Od razu zaczęli szukać wolnego przedziału. Udało im się w 3 wagonie. Gryfoni odetchnęli z ulgą. Dalsze wagony bowiem były przeważnie uznawane za strefę ślizgonów.
- To cześć.- Odezwał się Blais- Ja idę przywitać się z Draco i resztą. Idziecie?
- Nie dzięki ale wiesz my tam raczej nie pasujemy.- Odparł z przygnębieniem Harry. Zabini ledwie powstrzymał komentarz cisnący mu się na usta. Uśmiechnął się dobroduszne. Skłonił dwornie.
- Państwo wybaczą.- Z tymi słowami wyszedł.
- Jest całkiem zabawny nie sądzicie że Ginny dobrze trafiła? Ale Harry nie wytłumaczyłeś nam jeszcze dlaczego z nią zerwałeś? Słucham! Co masz do powiedzenia!- Hermiona skrzyżowała ręce na piersiach, założyła nogę na nogę i spojrzała groźnie na czarnowłosego. Harry popatrzył na nią przepraszająco.
- Eee… no ten tego… bo wiesz… ja…ona- Chłopa jąkając się ciągle zaczynał od nowa.
- Haroldzie Jemsie Potterze- Zagrzmiała Grenger.- przestań uciekać od odpowiedzi.- Zielonooki zarumienił się. Wbił wzrok w podłogę i cicho mruknął.
- Wolę facetów.
- Że co przepraszam bardzo?! Harry dobrze się czujesz?! Czy ty wiesz co powiedziałeś! To chore, nienormalne i niedopuszczalne.
- Ale Hermi dlaczego ci to przeszkadza? Przecież to nic niezwykłego.- Zapytał z jak zawszę inteligentną miną Ron.
- Jak to dlaczego? Jak jeszcze możesz pytać? Przecież on właśnie powiedział że jest gejem! Gejem! Ron.
- I? to coś złego? Charli i Georg też mają chłopaków.- Wzruszył ramionami.- To normalne. Nie rozumiem o co się tak burzysz.
- Normalne? Jak coś takiego może być normalne? To obrzydliwe i chore!- Dziewczyna wstała patrząc na płaczącego przyjaciela z jawną pogardą. Wyszła trzaskając drzwiami.
Jak tylko jej kroki ucichły dotąd skulony i pochlipujący w kącie chłopak zaczął się zwijać ze śmiechu. Ron zaraz do niego dołączył. Po kilku minutach obaj wreszcie się uspokoili.
- A widziałeś jej minę?- Wyjąkał z trudem Harry powodując kolejne salwy śmiechu.- O mało nie roześmiałem się przy niej.
- Taa. Ja chcę zobaczyć jak po namowach Dziadka Mroza będzie cię przepraszać.   
- Już to widzę.- Ciemnowłosy wstał przyjął dumną postawę. Zadarł nos i oparł ręce na biodrach.- Och Harry bo wiesz nie zdawałam sobie sprawy…- Zainicjował głos dziewczyny. Tymczasem rudowłosy śmiał się w niebogłosy. Naglę drzwi się rozsunęły i stanął w nich biało włosy arystokrata.
- Cóż to Potty resztki mózgu zostały na wakacjach?- Harry przybrał agresywną minę i już miał odpyskować gdy naglę ktoś popchnął Malfoya w głąb przedziału.
- Wbijajcie zanim ktoś zauważy.- Chłopcy usłyszeli głos Zabiniego i po chwili sam ślizgon wraz z Crabem, Goleyem, Parkinson i jakimś nowym znaleźli się w ich przedziale. Potter zerknął na nieznanego nikomu chłopca i o mało nie wyzionął ducha.
- Co do…- Wyjąkał poznając w długowłosym, czarnowłosym, zielonookim nastolatku samego Salazara Slitherina.
- Witaj Harry. Mówiłem że się niedługo zobaczymy.- Potter wreszcie się opanował. Uśmiechnął.
- Tak mówiłeś. Dobrze cię widzieć w tej ekhm formie że tak się wyrażę.
- O czyli się znacie.- Wtrącił Blais.
- Tak jakoś wyszło. Więc co tu robicie?
- Potty jesteś aż takim idiotą czy tylko udajesz?- Zakpił ponownie Draco.
- Udaje i to dość dobrze.- Wtrącił się nowy.- A gdzie panna Wiem-to-wszystko?- To niewinne pytanie na nowo rozśmieszyło gryfonów.
- A nie mówiłem to półgłówki.
- Jak…śmiesz…Malfoy!- Wydukał Harry pomiędzy śmiechem.- A właśnie Sakral jak się tak właściwie teraz nazywasz?
- Sakral Salazar McDraw
- Ty to masz pomysły.
- Harry kto to tak właściwie jest?
- Hmm, a to mój kuzyn od strony matki.
- Szlama.- Warknął Malfoy.
- Rozczaruję cię, jestem czystej krwi.
- Phi, niby jak skoro Evans była szlamą?
- Naprawdę Slitherin upada. Gdzie się podziała inteligencja, spryt i umiejętność natychmiastowego kojarzenia faktów? A o podejrzliwości i nieufności nie wspomnę.
- Poszła na wieczny sen. Nie bój się to nie jest zakaźne.
- Niestety twoja głupota jest Potty. Nie waż się do mnie zbliżać.
- „ No temat naszych powiązań rodzinnych umarł śmiercią naturalną.”- Pomyślał Harry przesyłając to zdanie do umysłu Salazara. Zielone oczy Sakrala na chwilę się rozszerzyły ze zdziwienia ale już po chwili były normalne. Gryfon usłyszał zaś w swoim umyśle:
- „Lubisz zaskakiwać ludzi co? Kolejna niezwykła umiejętność Złotego Chłopca.”
- „Och nie tak niezwykła. W pewnych kręgach wręcz normalna prawda Sakralu Asagawie.”- Odparł młodszy.
- „Więc i o tym wiesz. Niestety nazwiska tego rody są niezwykle strzeżone. Zdradziłeś się dziedzicu.”
- „Ups”- Posłał mu przepraszający uśmiech i wizję kotka przyłapanego na niszczeniu. Salazar roześmiał się mentalnie. Ten chłopak go rozbrajał.
- „Nazwisko Asagawa ustaliliśmy. A imię?”
- „Rin. Przyjaciele jednak nazywają mnie też Silver”
- „Miecz pełni. Wspaniałe imię dla wojownika ale i niebezpieczne.”
- Co Potter mowę odjęło?
- Oj zamknij się Malfoy i wynoś w końcu z tond.- Warknął trochę rozkojarzony Harry.
- Jak śmiesz bliznowaty! Co mi zrobisz poszczujesz tą wiewiórką?- Ron cały poczerwieniał i rzucił się na blondyna. Walnął go w twarz. Ten zaskoczony poleciał do tyłu.- Crab, Goley!- Obaj mięśniacy ruszyli w stronę Weasleya.
- Expeliarmuns!- Krzyknął Harry odrzucając chłopców na korytarz.
- Jeszcze tego pożałujesz Potter!- Warknął po raz ostatni Malfoy po czym wyszedł z dumną i arogancką miną a za nim jak cień Pensy.
- To było niebezpieczne Ron.- Powiedział Salazar aby dać znać reszcie że zna sekrety tego chłopaka.
- Gdyby Malfoy nie był tak tępym, aroganckim, zapatrzonym w siebie, fretko podobnym chujem to i może tak.- Warknął nadal zły rudy.
- Uspokój się stary. Zachowujesz się jak baba w ciąży.- Odparował Harry.
- Harry mam prośbę.
- Tak Ron?
- Przymknij się!
- Harry- Wtrącił się Slitherin.- to nie ciąża. To PSM.- Tym razem już cała trójka się roześmiała.
- Nienawidzę was!- Powiedział Ron przyjmując postawę oburzonego, dotkniętego i przygnębionego ale już po chwili sam także się śmiał.
W takim pogodnym stanie zastała ich Hermiona. Po rozmowie z dyrektorem doszła do wniosku że nie może kłócić się z Harrym bo straci swoją pozycję. Tak więc przyszła go przeprosić. Jako pierwszy zauważył ją właśnie Potter. Było już za późno na udawanie rozpaczy więc został tylko gniew. „ Eh a było tak fajnie.” Pomyślał jeszcze chłopak zanim przybrał groźną postawę i warknął:
- No i czego tu jeszcze chcesz!? Mało ci?!- Pod wpływem jego głosu pozostali odwrócili się i zamilkli. Ron wyprostował się i popatrzył na swoją dziewczynę.
- Zastanów się dobrze zanim coś powiesz. Jeśli masz zamiar znowu nas obrażać to wyjdź.- Hermiona zasępiła się. Nie tego się spodziewała. Ron miał być po jej stronie. „Co powinnam powiedzieć? Harry jest dość uczuciowy, narwany. Łatwo nim manipulować. Z Ronem będzie jednak trudniej. Jak już się uprze jest gorszy od osła. Niedobrze. Muszę być ostrożna.”
- Ja…ja przyszłam przeprosić. To był dla mnie szok. Harry musisz zrozumieć…- Udała szloch.- Jestem… sam rozumiesz… mugole… ich poglądy.- Cały czas pochlipując ciągnęła.- Spróbuję… nie chcę… cię stracić… proszę Harry.- Potter niepewnie podszedł do niej i wyjąkał niepewnie.
- Naprawdę mimo wszystko chcesz się ze mną przyjaźnić? Nie jesteś zła?- Dziewczyna poruszyła się zdenerwowana. Zbliżyła do chłopca a następnie objęła go.
- Przepraszam Harry, bardzo przepraszam. Naprawdę nie chciałam cię skrzywdzić. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Już dobrze. Nie martw się. Nie zostawię cię.- Czarnowłosy zaczął się uspokajać. Pociągnął nosem jeszcze kilka razy po czym odsunął się od dziewczyny.
- Stary wszystko w porządku?
- Jasne już tak. Dzięki nie dałbym rady bez ciebie. Super że z Hermi już w porządku prawda? Też się martwił i bał że na niego też będziesz zła.
- Eee… no tego… wiesz.- Ron zarumienił się i próbował ukryć zażenowanie kręcąc się niespokojnie i wkładając ręce głęboko do kieszeni. Hermiona otarła łzy i przytuliła się do rudowłosego.
- A właśnie Herm chciałbym ci przedstawić…- Z tymi słowami odwrócił się do dwóch chłopców stojących przy oknie. Blais zachowywał się jak zawsze obojętnie zaś Salazar nonszalancko siedział na fotelu czytając magazyn o eliksirach.- To Sakral McDraw mój kuzyn.
- Och miło mi poznać. Jestem Hermiona Grenger.- Slitherin obrzucił dziewczynę taksującym spojrzeniem. Potter go ostrzegł przed nią. Widać też było że ani Weasley ani Harry nie zachowują się przy niej otwarcie. Cóż trzeba pograć.
- Witam również. To zaszczyt poznać tak piękną i inteligentną kobietę w tym kraju.
- Ach więc nie pochodzisz z tond.- Zainteresowała się dziewczyna.
- Nie. Mieszkałem do tej pory w Japonii. To doprawdy wspaniały kraj. Już mi go brakuje.
- Tak wiele czytałam o Japonii. W jednej z książek udokumentowano istnienie ta zwanych youkai ale w encyklopedii zwierząt magicznych nic o nich nie wspominają. Zaś autor…
- Przepraszam że przerwę ale nie mam ochoty wysłuchiwać książkowych bredni o ludziach z mojego kraju. Skończ udawać mądrą. Nie lubię idiotów.- Dziewczyna patrzyła na niego zszokowana. Jak ktoś może ją nazywać głupią. Wstała wściekła gotowa uderzyć nowego. Zanim jednak zdążyła się poruszyć chłopak wstał i skierował się do drzwi. Przed wyjściem odwrócił się do Harrego.
- Sorka Rin nie trawię dziwkowatych idiotek które próbują udawać że umieją myśleć.- Całość powiedział po japońsku. Potter zrozumiał jego wypowiedź jako jedyny ze względu na to iż był lenglistą. Umiejętność ta pozwalała na płynne posługiwanie się językiem który się słyszy lub kiedykolwiek wcześniej słyszało.
- Dobra. Nic nie szkodzi kiedy się znów zobaczymy?
- Pewnie jakoś w szkole. Cześć.
- Nom. Pa.- Salazar wyszedł a Hermiona naskoczyła na Harrego.
- Mówisz po japońsku? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś. Czego on jeszcze od ciebie chciał?
- Nic nie chciał po prostu się pożegnał. Sakral nie za płynnie mówi po angielsku więc jak nas odwiedzali z rodziną to wujostwo uznało że będę robił za tłumacza skoro i tak przez listy które do siebie pisaliśmy dość dobrze poznałem język.
- Twoje wujostwo zna Sakrala? Przecież mówiłeś że nie cierpią magii.
- Tak. O tym że Saki jest czarodziejem to i ja dowiedziałem się dopiero przed chwilą.
- Ciekawe gdzie trafi?- Zainteresował się Ron.
- Pewnie do Slitherinu.- Odparł z przygnębieniem Potter.
- To źle Harry.

- Hej, hej ja też jestem ślizgonem.- Wtrącił się Blais.- Zajmę się nim nie martwcie się. Też muszę iść. Przebrać się itd. Niedługo wysiadamy. Do zobaczenia w szkole.

środa, 9 lipca 2014

Dźwięk 8.

Itachi zaraz po zejściu ze sceny obejrzał się na Naruto z delikatnym ledwie widocznym uśmiechem. Nie sadził że dzisiejsze odwiedziny w tym klubie sprawią mu tyle przyjemności.
- Uśmiechasz się łasico.
- Nagato.
- Podoba ci się? Nigdy nie sądziłem że wielki geniusz Uchiha odważy się zawiesić oko na chłopaku.
- Nie robie tego po prostu znalazłem idealnego partnera do duetu.
- Jeżeli to tylko to to powinieneś sobie darować. On się nie zgodzi.- Odpowiedź czerwono włosego zdziwiła Itachiego.
- Niby dlaczego ktoś kto chodzi do szkoły muzycznej miałby się nie zgodzić?
- Jest na profilu zwykłym. Do tego w klubie baseballowym . Po za tym klubem nie gra nigdzie na skrzypcach.- Czarnooki popatrzył uważniej na chłopaków na scenie.
- Więc dlaczego bierze udział w konkursie?
- Najprawdopodobniej Gaara go w to wmanewrował. Po za tym jest jeszcze twój brat.
- A co ma do tego Sasuke? Chyba nie są razem czy coś?- Nagato na to stwierdzenie po prostu się roześmiał.
- Nie ale młody jak na homofoba przystało dość znacznie zalazł Kyuu za skórę.
- Będzie trudniej niż myślałem ale nie zamierzam zrezygnować. Mam dwa tygodnie to wystarczy.
- Rozkochaj go w sobie wtedy pojedzie.- Nagato odsunął się na bezpieczną odległość. Ale Uchiha nie zareagował po prostu zawiesił się i jakby o czymś rozmyślał.
Itachi usłyszawszy słowa przyjaciela uzmysłowił sobie że naprawdę nie miał by nic przeciwko gdyby doszło między nim a tym blondynem do czegoś więcej niż tylko partnerstwo na występach. Mimo że spotkał go jak na razie jedynie dwa razy poczuł bardzo silną więź między nimi. „ Czy naprawdę mógłbym pokochać mężczyznę?  Podrywanie chłopaka było całkiem przyjemne i dość ekscytujące. Ojciec nie musi o niczym wiedzieć. A nawet jak się dowie to co z tego? Jestem dorosły sam zarabiam nie potrzebuje jego pieniędzy by żyć. Będę musiał poszukać jakiegoś lokum.”
- Nagato wiesz gdzie mógłbym się zatrzymać na czas konkursu?
- A to nie zostajesz u rodzinki?
- Ojciec zaraz mnie wywali jak tylko się dowie co robie wieczorami albo że zamierzam umawiać się z facetem.
- Ty chyba nie chcesz…  Cholera łasica. Ja tylko żartowałem. Nie próbuj nic zrobić co go zrani.
- Nie próbuje. Za kogo ty mnie masz. Już wcześniej mi się spodobał. Może wyjdzie z tego coś więcej nie wiem. I tak dla twojej wiadomości to jestem bi a nie hetero. – Nagato zamyślił się na chwilę.
- Poczekaj sekundę.- Po czym wychylił się na scenę dając znać muzyką żeby zrobili sobie przerwę.
- Co jest Nagato. Żadko nas ściągasz z występu.
- Kyuu ty mieszkasz sam co nie?
- Taa a coś się stało?
- Widzisz Uchiha nie ma gdzie zostać na czas konkursu. Nie przenocowałbyś go?
- A jego dom to za mały?
- Mój ojczulek i braciszek są dość jednoznacznie nastawieni do tego że płeć jest mi obojętna. Stary by mnie pewnie nie wychrzanił puki nikt niepowołany by się nie dowiedział ale wolę nie ryzykować.
- Niech będzie. Już dość dobrze poznałem opinie jaką ma twoja rodzinka na pewne sprawy. Jak to wszystko to spadam z powrotem na scenę. A klucze masz w mojej kurtce a adres zna Pain. Spotkamy się w domu to obgadamy parę rzeczy dotyczących mieszkania.
Nagato szybko naskrobał na kartce adres a czarnowłosy znalazł wspomniane kluczę.
- Wisisz mi przysługę łasica. Liczę że ją spłacisz.
- No pewnie. Dzięki.
- Itachi zajmij się nim dobra. Przyda mu się ktoś taki jak ty i jeśli go skrzywdzisz….

- Zrozumiałem. Do zobaczenia na zebraniu uczestników.-  Nagato nic już nie odpowiedział jedynie wyszedł machając ręką na pożegnanie.

poniedziałek, 7 lipca 2014

8. Uczucia.

Yuki poprowadził swojego więźnia wprost do pokoju Kyo nie odzywając się do niego ani słowem. Jak tylko zamknęły się za nim drzwi cała otoczka jaką do tej pory prezentował zniknęła.
- Jezu to było bardziej stresujące niż myślałem a najgorsze dopiero przede mną. Już dawno nic takiego nie odstawiałem bałem się że wypadłem z formy.- Uśmiechnął się ze zmęczeniem do anioła.- Siadaj gdzieś rozwiąże cię.
Argo przyjrzał się przyjacielowi a potem miejscu w jakim się znaleźli. Ostrożnie udał się w stronę łóżka.
- Co to za miejsce?
- Pokój Kyo. Całkiem ładny co. Rozwiąże cię i tu zostawię sam musisz zdecydować co robić dalej.
- Co masz na myśli?- Zapytał odrobinę zdezorientowany anioł.
- Masz jakieś dwie godziny zanim czerwony tu przyjdzie więc powinieneś być w stanie uciec. Możesz też dać sobie spokój z odgrywaniem aniołka-męczennika i spędzić ten czas aby poukładać swoje uczucia względem pewnego demona.
- Moje uczucia?
- Matko Argo jesteś gorszy od dziecka. Możesz sobie wyobrazić że Kyo przy tobie już nie ma? Będziesz w stanie walczyć z nim pełnią umiejętności jeśli staniecie naprzeciwko siebie? Nigdy nie chciałeś go pocałować? Albo chociaż nie pomyślałeś że jest diabelnie przystojny?- Anioł zwiesił głowę zażenowany. Yuki miał rację już od jakiegoś czasu Varrer stał się mu jakoś dziwnie bliski.- Tam jest łazienka.- Człowiek wskazał jedne z drzwi w pokoju.- Kyo uwielbia zapach jaśminu ale sam go nigdy nie używa. Ja do rana nie wrócę. Powodzenia i straty dziewictwa a propos tego zostawiłem lubratyk i parę zabawek w skrzyneczce pod łóżkiem. Miłej zabawy.
 Argo cały czerwony chciał uderzyć młodego poduszką zgarniętą z łóżka ale ta niestety trafiła w drzwi.
- Gdzie by tu teraz pójść? Może do tego gościa co ostatnio tylko nie mam pojęcia jak tam trafić. Hmm. Wiem Az mi pomoże tylko jak stąd się idzie do tego nawiedzonego artysty? Ech że też musiałem zgubić mapkę pałacu.
Kyo kończył właśnie przeglądać papiery kiedy w jego ręce trafił piękny rysunek zamku razem ze wszystkimi pokojami i poziomami. W lewym dolnym rogu widniał napis „ dla przyjaciela od przyjaciela. Nie zgub się pantero. Az.” Obrazek ten był niewątpliwie dziełem Azazela jednego z największych artystów piekieł. Ale kim była pantera? Czyżby? Ale jeśli to on to jak? To nie ma sensu. Chyba że… o jasna cholera.
Czerwono włosy w pośpiechu zerwał się z miejsca i nie bacząc na zdziwione twarze demonów pognał do swoich komnat. Zaintrygowany dziwnym zachowaniem Kyo Lucifero także wyszedł ale ze spokojem wręcz leniwym krokiem mimo to dorównywał kroku przyjacielowi. Obaj wpadli do pokoju księcia wojny gdzie zastali dość niecodzienny widok. Otóż na łóżku wspomnianego demona siedział cały zaczerwieniony anioł z lochów. Młodzieniec był właśnie po kąpieli a w sypialni unosił się słodki zapach jaśminu. Widać było że nagłe pojawienie się dwójki mężczyzn zaskoczyło więźnia. Mimo to anioł nie próbował uciekać wręcz przeciwnie kiedy spojrzał na Kyo uspokoił się i rozluźnił.
Od wyjścia Yukiego minęła już ponad godzina w tym czasie Argo zdążył przemyśleć parę spraw. Po pierwsze to czy powinien spróbować uciec. Szybko jednak odrzucił tą możliwość. Nie dlatego że się bał. Nie on chciał zostać. Dzieciak miał rację kiedy wytchnął mu że coś czuję do Varrera. Wiedział o tym już od dawna. Po prostu bał się tego co to może oznaczać. Nie chciał stać się upadłym. Teraz jednak będąc w tym pokoju wolnym bez kajdan zdał sobie sprawę że dla niego nie ma już ucieczki w końcu każdy anioł który kiedykolwiek pokochał wcześniej czy później upadnie. A on kochał.
Argo popatrzył wprost w oczy demona. Nie czuł strach a jedynie jakąś dziwną ekscytację. Powoli podniósł się z  posłania. Czół na sobie dwie pary oczu co go onieśmielało ale nie zamierzał zrezygnować wiedział co musi zrobić. To mogła być jego jedyna szansa w końcu kiedy wszystko się wyda najpewniej zostanie zabity. Podszedł ostrożnie do Kyo nie przerywając ich kontaktu wzrokowego.
Między dwoma mężczyznami można było odczuć coraz bardziej gęstniejącą atmosferę. Nie chcąc przeszkadzać ani wspominać przeszłości Lucifero zniknął niezauważony powracając do swojego pokoju. Tam jednak i na niego czekała niespodzianka. Drzwi do jego komnaty były otwarte a grube zasłony odsłonięte. Centralnie naprzeciw drzwi na parapecie siedział a raczej spał dzieciak który był przyczyną jego ostatnich zachowani. Szatan mimo woli uśmiechną się delikatnie po czym podszedł do dzieciaka i wziął go na ręce. Następnie przeniósł śpiącego na łóżko i machnięciem ręki zasłonił kotary oraz zamknął drzwi samemu kładąc się na łóżku tuż obok chłopaka. Po chwili już spał.
- Witaj Varrer czekałem.- słodki ale zdenerwowany głos zabrzmiał w uszach Kyo. Od kiedy tylko przekroczył próg swojego pokoju nie poruszył się zbyt zaskoczony całą sytuacją. Teraz ten głos wyrwał go z otępienia.
-Argo.- Jego głos był zachrypnięty i pełen emocji. Delikatnie podniósł rękę do policzka anioła jakby bojąc się że ten zaraz zniknie. Czarnowłosy położył swoją dłoń na tej która dotykała jego policzka chcąc pokazać demonowi że nie ucieknie. Wtulił się w ciepłą dłoń uśmiechając przy tym delikatnie. Zachęcony takim zachowaniem Kyo przysuną się delikatnie do mniejszego chłopaka i pochylając się nad nim delikatnie ucałował. Wrażenie było niezwykłe jakby całe jego ciało przeszedł prąd. Zapragnął pogłębić ten pocałunek ale bał się że zostanie odepchnięty. Siłą woli zdołał przerwać pocałunek ale zanim się odsunął ręka aniołka która znalazła się na jego karku przyciągnęła go powrotem do tych słodkich cytrynowych ust. Tym razem pocałunek był o wiele bardziej namiętny jakby zapowiedź tego co za chwilę się wydarzy. Obaj przestali się kontrolować ręce Argo spragnione nowych doznań zaczęły wędrować po umięśnionym ciele czerwono włosego. Natomiast demon przysunął ich bliżej siebie wkładając kolano między uda drobniejszego partnera. Kiedy jego kolano spotkał się z członkiem anioła z ust czarnowłosego wyrwał się jęk. Mężczyzna nie mogąc dłużej czekać przerwał pocałunek i przeniósł kochanka z powrotem na łózko. Delikatnie zdjął z niego szlafrok odkrywając że pod nim chłopak jest całkiem nagi. Twarzyczka anioła przybrała jeszcze czerwieńszy odcień. Tymczasem zadowolony z takiego obrotu sprawy demon ukląkł między nogami swojego partnera cały czas się do niego uśmiechając. Kiedy pochylał się nad już twardy członkiem usłyszał delikatny protest.
- Nie możesz Varrer to zawstydzające.
Jednak demon nie zamierzał zrezygnować ze swojego pomysłu. Oblizał się lubieżnie a następnie pochłoną całego członka kochanka. Ten czując to ciepłe wnętrze które zamknęło się na jego penisie krzyknął głośno ni to z zaskoczenia ni z rozkoszy. Zadowolony z reakcji chłopca zaczął poruszać głową przy okazji wprawiając w ruch swój zwinny język. Pochłonięty w nowoodkrytej rozkoszy czarnowłosy bezwiednie zaczął poruszać biodrami pragnąc zaznać więcej tej grzesznej przyjemności. W pewnym momencie jedna z jego dłoni zawędrowała na włosy Kyo ten czując ten delikatny dotyk zapragnął zasmakować swego ukochanego. Przyspieszył więc ruchy głową zasysając co chwilę męskość aniołka. Po chwili niedoświadczony kochanek krzyknął z rozkoszy rozlewając się w ustach demona. Ten uśmiechając się  z zadowolenia delikatnie wysunął członek z ust połykając nasienie. Kilka kropel jednak pociekło z jego ust. Argo opadł zmęczony na pościel.
- Pięknie wyglądasz taki zarumieniony i wycieńczony Argo. Szepnął uwodzicielsko Kyo wstając z podłogi.
- Varrer ja…
- Cii mój mały aniele to jeszcze nie koniec nie martw się.- Mówiąc to demon pochylił się nad łóżkiem całując te słodkie ust które tak go kusił. Następnie na nowo odsuną się ale nie pozwoliły mu na to ręce zaplecione na karku.
- Więc kochaj się ze mną.- Zmysłowy głos anioła rozpalił Kyo do granic. Pragnął on wziąć to piękne stworzenie teraz już bez żadnych przygotowań ale wiedział że w ten sposób jedynie skrzywdzi aniołka a tego nie chciał.
- Muszę pójść do łazienki słodki.
- Pod łóżkiem.- Szepnął zażenowany anioł dziękując w myślach przyjacielowi za może i zawstydzający ale jak pomocny prezent. Lekko zdziwiony demon przywołał machnięciem ręki to co było pod łóżkiem przy okazji pozbywając się swoich ubrań. Obok nich pojawiło się małe pudełeczko a w nim kilka buteleczek z lubratykiem do tego dość niespodziewanie dla Kyo był on jaśminowy. Demon uśmiechnął się już podejrzewał czyja to sprawka w końcu oprócz szatana tylko jedna osoba zauważyła jego uwielbienie do tego zapachu. Czerwono włosy sięgnął delikatnie po jedną z buteleczek i otworzył ją. Wylał sobie dość sporo specyfiku na rękę. Po pokoju rozniósł się zapach jaśminu. Demon ostrożnie skierował rękę w stronę otworka kochanka. Przyłożył jeden z palców do wejścia a następnie pchnął. Śliski palec bez problemu znalazł się w rozluźnionym wnętrzu chłopaka. Demon poruszył nim dla pewności parę raz.
- W porządku.
- Tak. To trochę dziwne ale przyjemne.
Kyo uspokojony tymi słowami dołożył kolejny palec. Tym razem anioł poczuł lekki dyskomfort. Podniecony do granic możliwości demon dołożył trzeci palec rozciągając kochanka delikatnie acz stanowczo.
- Ach!
Krzyknął Argo kiedy w pewnym momencie palce trafiły w jego prostatę. Pragnąc poczuć to uczucie znowy anioł zaczął sam nabijać się na palce partnera.
- Już. Potrzebuję cię! Kyo! Proszę!
Nie mogąc się powstrzymać Varrer wyjął palce i jednym głębokim pchnięciem sam znalazł się w chłopcu.
- Boli!- Z oczu chłopca pociekły łzy.
- Już dobrze mój mały zaraz wszystko będzie w porządku. Rozluźnij się.- Pogłaskał delikatnie policzek anioła. Ścierając po drodze łzy z oczu kochanka.
Uspokojony dzieciak wziął głęboki oddech a potem skinął głową demonowi. Ten ostrożnie się poruszył. Początkowy bul dość szybko przerodził się w rozkosz pod wpływem wprawnych ruchów Kyo.
- Szybciej! Mocniej! Ach!- Argo kompletnie poddał się rozkoszy w pewnym momencie jego ciało wygięło się w łuk a z ust wydobył krzyk rozkoszy. Kiedy Kyo poczuł te zaciskające się na nim mięśnie i zobaczył pogrążoną w ekstazie twarz ukochanego nie wytrzymał i rozlał się we wnętrzu partnera.
Demon delikatnie wyszedł ze zmęczonego anioła po czym objął go delikatnie przysuwając do siebie. Okrył ich obu kołdrą po czym szepnął na ucho kochankowi.
- Kocham cię Argo.
Obaj wymęczeni i zaspokojeni zasnęli. 

niedziela, 6 lipca 2014

Dlaczego.
Po tym jak Tsukumo zostaje porwana a Yogi zmienił się w czarnego.
Yogi obudził się nadal obolały  nie do końca wiedząc gdzie jest. Próbował sobie coś przypomnieć ale większość wspomnień była zamazana i niepewna. Pamiętał jak ktoś ich zaatakował i jak się rozdzielili on z Garekim a Tsukumo z Naiem. Poczuł ucisk w sercu Gareki czy z nim wszystko w porządku? Skoro on jest w takim stanie to czy…
- Nareszcie się obudziłeś. – Na dźwięk tego głosu przeszły go ciarki. Akari. Yogi poderwał się ale został natychmiast na nowo przytwierdzony do łóżka.- Co ja ci mówiłem o zmienianiu plastra głupku. Masz szczęście że nic się nie stało Garekiemu. A teraz masz odpoczywać.
Po wyjściu doktora Yogi obserwował sufit. Kilka godzin później.
- Dlaczego, dlaczego nikt mnie nie odwiedza?- lamentował blondyn jednej z pielęgniarek która się nim opiekowała.- Czy oni są na mnie źli? Pewnie że są Gareki na pewno teraz już nie będzie chciał być moim przyjacielem.
- Panienka Tsukumo zaginęła i kapitan jej szuka. A tych dwóch chłopców trafiło pod opiekę statku pierwszego.- Yogi poderwał się szybko i zanim dziewczyna zareagowała stał na oknie gotów wyskoczyć.- Nai, Gareki już po was idę!
Na szczęście dla dziewczyny pojawił się Akari.
Tymczasem Gareki przez cały pobyt na statku pierwszym rozmyślał o tym co się stało kiedy Yogi się zmienił. Dokładnie pamiętał słowa wypowiedziane przez blondyna. Dlaczego cię ochroniłem? No właśnie dlaczego? To nie tak że chciał z ginąć czy coś po prostu to było dziwne.  Musisz być dla mnie ważny. Ale dlaczego miałby być. Był tylko dodatkiem do Naia który jest im nie potrzebny więc dlaczego Yogi zachowywał się jakby mu naprawdę na nim zależało. Nie, nie na nim po prostu na przyjaźni. Denerwowało go to. Gareki sam nie wiedział co robić i myśleć o tym wszystkim może powinien po prostu zacząć traktować tego narwanica jak ten chce? Ale czy będzie potrafił? Nigdy nie miał przyjaciół i wiedział że to co czuje do Yogiego to też nie przyjaźń. Uczucie którym obdarzył wojownika cyrku było bardziej podobne do tego co czół do Yotaki, Tsubame i Tsubaki. Jednak nie traktował on przecież Yogiego jak rodziny więc co to było.
Kilka dni później kiedy wszyscy byli już na statku drugim Gareki miał dosyć rozmyślania o tym wszystkim musiał pogadać z tym cymbałem. Tak też znalazł się w pokoju pełnym pluszaków i różnych gadżetów związanych z tym żółtym czymś. Garekiemu od samego patrzenia i przebywania w tym miejscu mdliło.
Yogi tymczasem patrzył zaskoczony na niespodziewanego gościa.  Do tej pory Gareki ani razu nie przyszedł do niego sam a tym bardziej nie wchodził do pokoju.
-Dlaczego?- Yogi podrywając się z łóżka aby przywitać czarnowłosego i się do niego przytulić zamarł.  Nie do końca rozumiał o co pyta chłopak.
- Ale co się stało Gareki-kun jak mi powiesz to na pewno będę mógł ci pomóc.
Młodszy przyjrzał się blondynowi [o czym pewnym już krokiem zbliżył się do niego i przyciągnął za koszulkę. Usta obu się złączyły. Żaden jednak się nie odsunął. Za to ostrożnie pogłębili pocałunek. Z delikatnego zaczął się zmieniać w namiętny podniecający akt. Czarnowłosy w końcu oderwał swoje usta od ust Yogiego  po czym puścił go i się odsunął. Popatrzył na jasnowłosego przeciągle po czym się odwrócił i wyszedł. Jednak zanim wyszedł zatrzymał się na chwilę.
- Jak znikną z tego pokoju te pluszowe dziwadła to skończymy rozmowę.

Następnego dnia po raz pierwszy odkąd Yogi zamieszkał na statku drugim wszyscy mogli podziwiać sprzątającego i wynoszącego maskotki Nianperon z pokoju blondyna.
Ponieważ nie wyrobiłam się z piątkiem dzisiaj pokażą się dwa rozdziały oneshot wstawię koło 19 i od teraz jeśli zdaży się że nie dam rady czegoś napisać zgodnie z planem to będę uzupełniać w niedzielę.

 5. Poker.

Harry staną na placu przed Norą. Słońce już wstawało. „Musze się pospieszyć za 3 godzin wyjazd do Hogwartu i starego brodacza. Czas wrócić do roli kochaniutkiego złociutkiego chłopczyka Gryfindoru. Ciekawe kto dziś kapnie się że zniknąłem pewnie jak zwykle nikt. No może Ron w końcu mamy wspólny pokój ale kto go tam wie. Może jest zbyt zajęty Hermioną żeby być w pokoju. Trzeba znaleźć jakąś wymówkę dlaczego się spóźniłem. I chyba wiem co mi w tym pomoże.”
- Fred, Georg wyłaźcie mam do was sprawę.- Mówiąc to machnął ręką w stronę pobliskich zarośli przy okazji usuwając wszystkie pułapki przygotowane przez bliźniaków.
- Hej!- Odezwały się dwa oburzone głosy. Z strony krzewów. Po chwili koło Pottera stało dwóch rudowłosych bliźniaków z oburzonym uśmiechem na ustach.
- To nie fer…
- Harry. Powinieneś chociaż…
- dać nam szansę…
- pokazać ci nowe produkty.
- Nie dzięki wolę popatrzeć jak testujecie je na Hermi. Lepiej mi powiedzcie co się działo kiedy wyszedłem.
- Nic wielkiego…
- tylko…- Obaj się na chwilę zamyślili.- wpadł Blayse i nasz…
- mały szpieg się schował.
- Uciekła przed…
- Wstrętnym ślizgonem.
- No dobra to skoro tak to idziemy.- Zielonooki przymknął na chwilę oczy aż nie zobaczył pod powiekami obrazu siebie z włosami z trawy, elfimi uszami, ubranego w kimono. Następnie szepnął ledwie słyszalnie.- Antroletristireizekdistii (Zamień)
W tym momencie jego wygląd dopasował się do tego który sobie wyobraził.
- Hej stary dlaczego…
- Nigdy nie pozwalasz nam zrobić sobie kawału skoro…
- I tak zawsze udajesz że wpadłeś w nasze sidła?
- Po prostu wole sam zadbać o swój wygląd. Po za tym jeśli dobrze pamiętam to jak wam pozwoliłem na drobne żarty przed Hermioną to potem przez tydzień nie mogłem domyć włosów z tej odrażającej jaskrawej pomarańczowo-żółtej mieszanki. A teraz skończcie marudzić i włazimy potem waz zawołam bo pewnie urządzimy sobie do rana grę w rozbieranego pokera z pytaniami.
- Ok. A teraz czas na wejście smoka.
Harry otworzył z rozmachem drzwi przywdziewając maskę wściekłości i znerwicowania.
- Co to ma być moje włosy zmieniły się w trawę i do tego ta durna sukienka co to ma być!
Z kuchni wyłonili się zwabieni hałasami domownicy.
- Och Harry kochaneczku co ci się stało?- pani Weasley z troską podeszła do zdenerwowanego młodzieńca.- Fred, Georg coście wy znowu wymyślili i to w taki dzień! Natychmiast to odwróćcie!- Wydarła się pani domu na swoich synów.
- Ale mamo…
- Nie dyskutujcie!- Jednak ani Freda ani Georga już nie było obaj znikali właśnie na szczycie schodów.
- Wracajcie tu natychmiast nicponie!- Krzyknęła jeszcze kobieta z bezsilnością i frustracją.
- Przepraszam za zamieszanie pani Weasley.
- Molly, Harry już ci to wielokrotnie mówiłam.
- Wiem ale… Jestem zmęczony pójdę się położyć.
- Och Harry czy coś się stało?- Zapytała z przejęciem Hermiona.
- To nic wielkiego Herm po prostu ostatnio miałem ciężkie dni.
- Powinieneś nam powiedzieć. To nieodpowiedzialne z twojej strony przecież wiesz jakie to niebezpieczne. Nadal nie wiemy czy horrukrus który był w tobie zniknął.
- Uspokój się Hermi wszystko jest w porządku.
- Dobrze ale obiecaj że jak tylko się coś zacznie dziać to dasz mi znać.
- Pewnie w końcu jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Chciałbym już iść się położyć jeśli nie masz nic przeciwko. Dobranoc wszystkim.
- Ron idź z Harrym jutro musicie wcześniej wstać.
- Oczywiście mamo. Blayse idziesz to się zamkniemy bo nigdy nie wiadomo na jaki znowu pomysł wpadną moi bracia.
Chłopcy szybko wspięli się po schodach znikając w pokoju. Zaraz za drzwiami Harry leniwym ruchem zmienił swój wygląd ale kimono pozostawił. 
- Matko, padam. To jakiś horror. W końcu nie wyrobię z ta zdradziecką małpą.
- hej nie obrażaj małp!- Oburzył się Ron.- Są inteligentniejsze  od niej. 
- Myślałem że to twoja narzeczona Weasley.
- Narzeczona nie narzeczona to nie zmienia faktu że wiem jaka jest.
- To po co się z nią umawiasz? Jesteś aż tak zdesperowany wiewiórze?
- Pilnuj siebie zboczony masochisto.- Ich kłótnie przerwał dźwięk otwieranych drzwi.  Przez które wpadli bliźniacy.
- Hej to jesteśmy gramy?
- Pewnie siadajcie.- Odpowiedział zielonooki. Jak tylko chłopcy znaleźli sobie miejsca przed nimi pojawił się alkohol i buteleczki z dobrze znanym im eliksirem trzeźwiejącym. – Poker na zasadzie wygrany pyta przegranego jeśli ktoś nie chce odpowiadać zdejmuje jakiś ciuch ale przed zadaniem pytania. 
- Ok. Ale zanim zaczniemy to gdzie tak właściwie byłeś Rin?- Zapytał Ron odruchowo używając prawdziwego imienia swojego przyjaciela.
- U Malfoya. Spotkałem go przy grobie Sary.
- O ja nieźle.
- Nie zabił cię?
- Nie nawet nieźle nam się rozmawiało. Hmm, muszę chyba zacząć więcej gadać ze ślizgonami.
- Ej no daj spakuj…
- zostawisz nas samych?
- Właśnie stary.- Dołączył do braci Ron.
- Jasne że nie. Rozdaję.
Chłopcy grali prawie że do rana aż jedynym ubranym pozostał Harry. Nadeszło ostatnie rozdanie bo niedługo mieli udać się na śniadanie.
- Nie no znowu jęknęli zgodnie kiedy zielonooki rozłożył karty. Znowu wygrał jednak tym razem nikt nie miał na sobie ciuchów żeby się wykaraskać z pytania.- Czy ty kiedykolwiek przegrywasz?
- Czasami jak wypada.- Uśmiechnął się szelmowsko Harry.
- Chłopcy wstawicie śniadanie!- Rozległ się donośny głos z dołu.
- Eh spadamy do siebie.- Bliźniacy przeciągnęli się i wstali.- Widzimy się Hogsame.
- Jak to możliwe że już tak późno. – Jęknął Ron.
- Lepiej się spakuj.- Poradził mu Harry samemu wkładając do torby alkohol i karty.- Co niezbędne włożone. Kończymy w pociągu?
- Ciekawe z kim. Jak Hermi to zobaczy wpadnie w furię a my wylądujemy u dyrcia-pyrcia.
- Wiesz teraz mamy Blaisa. Zabini pomożesz nam dostać się do przedziału ślizgonów?
-Czyś ty oszalał?
- Wyluzuj coś mi mówi że w tym roku dojdzie do ponownego przydziału bez możliwości apelacji. Przynajmniej dla naszego rocznika.
- Dlaczego Drops miałby zrobić coś takiego?- Zainteresował się Zabini.
- Proste, - Potter wzruszył ramionami.- Pomyleńcowi potrzebna jest ofiara ze Złotego Chłopca aby to on mógł być „zbawcą”. A jak to najłatwiej zrobić?- Popatrzył na pozostałą dwójkę. Oni zaś pokręcili głowami w niemym pytaniu. Westchnął więc i kontynuował.-  Będzie próbował upodobnić mnie do Toma w oczach ludzi a potem przekonać ich że stanowię zagrożenie.
- Sorka że pytam ale jaki ma sens w tym całym planie ponowny przydział?- Zdziwił się Blais.
- Trzmiel wie że miałem być w Slitherinie i będzie miał nadzieję że tam trafię.
- Kurwa to mamy przechlapane.- Zaklął Ron.- Nie martw się stary nie będziesz jedyny.
- To będzie dziwne Weasley i Potter wśród węży.- Powiedział trochę otumaniony Blais.
- Wiecie co będzie najlepsze w tym całym ponownym przydziale?- Zapytał naglę dziwnie wesoły Harry.- Miny Draco i Sneapa.- Wypalił zadowolony chłopak a pozostała dwójka roześmiała się.
- Ta to będzie niezapomniane wydarzenie może wezmę kamerę i sobie nagram? Harry dasz rade ją dopasować żeby działała?
- Jak mój laptop działa to i kamera może ale nie mam na to czasu po prostu weź moją.
- Chłopcy schodźcie już bo się spóźnicie!- Cała trójka pospiesznie złapała bagaże i zbiegła na dół.
- Dzień dobry pani Weasley.- Przywitał się Harry zasiadając do wspaniałego śniadania.- Cześć wszystkim. Hermi jak tam się czujesz?

środa, 2 lipca 2014

No to zaczynamy lipiec.

Dźwięk 7

Kiedy zostali sami Itachi jeszcze raz dokładnie przyjrzał się blondynowi. Dzieciak był bardzo ładny nie przystojny ale właśnie ładny. Jego uroda była podobna do kobiecej delikatne rysy duże niebieskie oczy, drobna postura.
- Możesz grać?
- A co szanowny pan Uchiha znowu ma jakieś problemy z moją grą? A może to wstyd wystąpić ze mną na scenie?- chłopak odłożył ubranie które miał przygotowane i spojrzał wprost na czarnowłosego. Mężczyznę zmieszało zachowanie chłopaka. Nie do końca wiedział dlaczego ten tak zareagował. Po prostu był ciekaw czy podczas ich zderzenia nic się chłopakowi nie stało. Kiedy wtedy tak na niego naskoczył był po prostu zły i nawet do głowy by mu nie przyszło że ktoś kto gra na instrumencie może być tak nieuważny.
- Nic takiego nie powiedziałem. Skoro wszystko w porządku to może w końcu się przebierzesz.
- Oczywiście jaśnie panie. Jak tylko wyjdziesz.
- Nie przesadzaj dzieciaku nie jestem gejem.
- Ale ja tak więc jednak mógłbyś się stąd wynieś.- Naruto stawał się coraz bardziej nerwowy. Obecność tego mężczyzny budziła w nim dreszczyk pożądania. Niebezpieczeństwo które wyczuwał od starszego Uchihy sprawiało że odczuwał przyjemną adrenalinę na myśl o jakimkolwiek zbliżeniu do czarnookiego.
Odpowiedź blondyna zaskoczyła Itachiego. Był pewny że chłopak tylko tutaj grywa z kolegom. Po za tym to był pierwszy raz kiedy ktoś przy nim powiedział otwarcie że jest gejem. Z każdym spotkaniem niebieskooki intrygował go coraz bardziej.
- W takim razie… jednak zostanę.
- Że co proszę?
- To co słyszałeś ja się nigdzie nie wybieram.- Na ustach mężczyzny pojawił się szelmowski uśmiech.
- Ech ja nigdy nie zrozumiem Uchihów.- Naruto dał sobie spokój z rozmową i kompletnie ignorując swojego rozmówce szybko się przebrał.
- Tak wyglądasz o wiele lepiej po co wiążesz włosy?
- Chodziłeś do Konohy to się domyśl geniuszu. I lepiej tak nie gadaj bo pomyśle że ze mną flirtujesz.
- Bo może to właśnie robię?
- A skoro tak to nie przeszkadzam. Ale teraz musimy już iść.- Kyuu uśmiechnął się zadziornie. Jak tylko się przebrał znowu poczuł się wolny od ciężaru przeszłości a to uczucie sprawiało że mógł być w pełni sobą. Jego prowokacyjny charakterek znowu dochodził do głosu.- A tak dla pewności to przypominam że jestem facetem.
- Wiem bardzo pociągającym facetem. Wręcz kobiecym.
- Chrzaniony bi.
- Pokręcony blondi.- Uwadze Itachiego nie umknęła zmiana charakteru nastolatka po prostu nie przejął się tym był pewien że kiedyś się wszystkiego dowie jeśli zechce. Na chwilę obecną interesował go tylko ich wspólny występ.

Kiedy obaj wyszli na scenę publika ucichła. A potem zaczęły się szmery. Większość nie znała Uchihy więc zastanawiali się kim jest. Skrzypkowie nie przejmując się tym spojrzeli sobie w oczy nie obgadali nawet jaki utwór zagrają. Ale czy to miało znaczenie?  Kiedy tylko rozbrzmiały dźwięki obaj już wiedzieli że nie. Wybrali ten sam utwór. Przez czas jego trwania zmieniali to który z nich gra pierwsze skrzypce. Nie bali się ufali partnerowi kiedy skończyli Itachi zszedł ze sceny nagrodzony wielkimi brawami zaś Kurama jedynie odłożył skrzypce i wziął elektryczne wcześniej przygotowane przez Nagato. Z zaplecza dołączył do niego Shukaku i rozpoczął się koncert.

niedziela, 22 czerwca 2014

Witam jak widzicie zmieniłam parę w tym opowiadaniu. niestety ale związek Itanaru zdecydowanie bardziej mi w tym przypadku odpowiada.

Dźwięk 6

 Gdy tylko znalazł się na lotnisku Itachi pewnym krokiem ruszył na parking gdzie czekał na niego kierowca. Pomimo że jego twarz była jak obojętna maska był bardzo podekscytowany.
- Do szkoły muzycznej Konoha.- Zakomunikował spokojnie szoferowi samemu wyglądają przez okno.
Droga z lotniska nie trwała więcej niż 15 min. Chłopak spokojnie opuścił luksusowe wnętrze pojazdu i ruszył w kierunku szkoły.
Naruto opuścił cmentarz pełen motywacji. Podjął decyzję da z siebie wszystko. Teraz zostało tylko przekonać się z kim przyjdzie mu konkurować. Nie sądził żeby dyrektorce udało się dogadać z Uchihą ale to miał być tylko pretekst aby odmówić. Co prawda nie miałby nic przeciwko grze z tym mężczyzną zwłaszcza że był on całkiem pociągający ale… no właśnie to przeklęte ale. Bał się najzwyczajniej w świecie tchórzył przed takim przeciwnikiem bo  co on mógł był tylko dzieciakiem który grywa sobie w barze a nie jakimś wielkim wirtuozem skrzypiec. Nie chcąc dalej rozmyślać o tym co może się stać ruszył lekkim truchtem w stronę szkoły. Musiał w końcu zobaczyć listę i jak coś to pogadać z dyrektorką.
Itachi właśnie szedł korytarzem kiedy ktoś na niego wpadł.  Niespodziewane zderzenie posłało obu chłopaków na ziemie.  Uchiha był wściekły. Nic co prawda się nie stało ale przecież mógł nawet uszkodzić sobie rękę i co wtedy. Podniósł się i górując nad chłopakiem odezwał się zimnym jak lud głosem.
- Zdajesz sobie sprawę do czego mogła doprowadzić twoja głupota gówniarzu? Jestem skrzypkiem co byś zrobił jakbym zranił sobie rękę? Tak głupie i nieodpowiedzialne zachowanie jest niedopuszczalne na terenie takiej placówki jak ta szkoła.- Mówiąc te słowa wyminął chłopaka i ruszył do auta. Sprawdzenie listy uczestników nic mu nie dało. Nadal nie wiedział kim jest Kurama. Na liście było dwóch skrzypków których nie znał. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne że osobą której szukał był ten dzieciak z klanu Hyuuga którego w ogóle nie kojarzył. Na dodatek jeszcze kiedy już wychodził wpadł na niego jakiś bachor.  Itachi potrzebował odreagować i znał do tego idealne miejsce. Ale najpierw musiał zostawić bagaże w domu i spotkać się z matką i bratem.
Wieczorem bar Suna był wypełniony po brzegi. Czarnowłosy muzyk przepchał się do baru obserwując scenę.
Tymczasem za kulisami trwał zacięty monolog pewnego blondyna.
- I wiesz co i on ten napuszony księciunio miał czelność o wszystko oskarżyć mnie. Rozumiesz? Nie dość że sam na mnie wpadł no dobra może nie sam ale argh jak ja nie cierpię Uchihy!
- Nie przesadzasz to tylko wypadek. Zresztą to chyba nie czas na to zaraz mamy występ.
- Dobra, dobra już się przebieram po prostu musiałem się wyładować.
Nagato obserwował chłopaków z rozbawieniem był już przyzwyczajony do monologów blondyna jak i spokojnych wtrąceń Gaary. Wrócił wspomnieniami do wieczoru kiedy się poznali. Na początku wydawali mu się kompletnie różni jak ogień i  woda. Szybko jednak się przekonał że źle ich ocenił. Zdawać by się mogło że czerwono włosy jest jak płomień. Żywiołowy porywczy temperamentny a do tego elektryk który tak uwielbia. Ale już po paru spotkaniach to wrażenie znika pozostaje zamknięty w sobie nieufny buntownik z dość dużymi problemami rodzinnymi. Zaś Naruto który zdawał mu się spokojnym dość nieśmiałym chłopakiem okazał się istnym wulkanem energii. Niestety jak i w przypadku Gaary nie było to wszystko. Niebieskooki miał wiele sekretów nigdy nie dało się do końca powiedzieć co myśli albo przewidzieć jego poczynań bardziej niż ogień czy wodę przypominał wiatr zmienny nieuchwytny w pewien sposób wolny ale i samotny. Kiedy wchodzili na scenę zostawiali wszystko za sobą stawali się zupełnie kimś innym ale Nagato nieraz miał wrażenie że to właśnie wtedy tak naprawdę są sobą.
Z zamyślenia wyrwała go ręka na ramieniu. Odwrócił się i spojrzał wprost w czarne oczy swojego przyjaciela.
- A więc to oni?
-Itachi mógłbyś mnie tak nie straszyć?- Oczy nowoprzybyłego obserwowały muzyków. Kiedy przyglądał się blondynowi naszło go dziwne wrażenie że gdzieś już go widział. Spokojnie ruszył w ich stronę. Wtem oczy niższego spotkały się z jego. Teraz go poznał to był ten dzieciak który na niego wpadł.
- No nie tylko nie Uchiha.- Jęknął blondyn ze zrezygnowaniem.
- A co trema wzięła?
- Chyba cholera. Jeżeli o mnie chodzi to mam dosyć tej rodzinki tak na no nie wiem wieczność?
- Przesadzasz Kyuu. Zamiast marudzić to się pakujcie na scenę. Itachi masz skrzypce?- Wymowne spojrzenie później.- O co ja pytam. Shukaku co ty na to żebyś dzisiaj pomógł mi z rachunkami?
- Czemu nie.

- Zdrajca!

piątek, 6 czerwca 2014

4. POKÓJ I KSIĘGA
„Hmmm. To naprawdę ciekawy dzień. Nigdy bym nie pomyślał że spotkanie ze Ślizgonami może być tak odstresowujące. A może to tylko fakt że mogę trochę opuścić swoje ściany.
- Jesteśmy na miejscu sir.- Powiedział z przejęciem skrzat.
Kiedy Harry zdejmował czar z obrazu stworzenie zorientowało się w prawdziwej mocy tego chłopca. Mimo wierności względem swego pana czuł przemożną chęć pomocy czarodziejowi. To pragnienie pochodziło z wewnątrz. Potter nie zdając sobie sprawy jak jego magia wpłynęła na Drowa położył rękę na pustej ścianie. Poczuł ciepło. „Więc tu je ukryłaś. Drzwi do twojego pokoju.” Nagle jego palce napotkały małe, nieznaczne wgłębienie. Normalna osoba uznała by to tylko za dziurkę w ścianie jednak Harry wyczuł mrowienie magii w tym wyżłobieniu. Miała kształt sześcioramiennej gwiazdy z głębiej odciśniętym kołem w środku. Zielonooki przeniósł spojrzenie na swoją lewą rękę. Uniósł nad nią prawą po czym zamkną oczy i uwolnił minimalną wiązkę czaru. Dłoń stała się jeszcze szczuplejsza, pokryta wieloma bliznami jak i świeżymi ranami. Na małym palcu widniał damski pierścionek z oczkiem rubinowym okrążonym sześcioma szmaragdami. Chłopiec przytkną pierścionek do otworu w ścianie. Mur znikną. Przed nimi pojawiły się zwykłe drewniane drzwi. Potter wyciągną rękę. Nacisną klamkę i wkroczył pewnie do pomieszczenia. Podczas gdy przechodził przez futrynę otoczyła go potężna starożytna magia. Miała ona za zadanie strzec pomieszczenia przed intruzami paląc nienaznaczonych. Skrzat patrzył na to z przerażeniem. Chęć pomocy chłopcu sprawiła że bezmyślnie ruszył mu na pomoc. Harry widząc to wyciągną rękę powstrzymując go.
- Nie podchodź! To niebezpieczne! Mi nic nie zrobi.- Gdy skończył mówić magia wyciszyła się i przepuściła go dalej.
Miejsce do którego wszedł na pewno nie przypominało pokoju, już bliżej mu było do bazy wojskowej.  Na ścianach wisiały gabloty z bronią. Od schuriken’ów, katan, noży, mieczy, łuków czy włóczni po strzelby, muszkiety, karabiny, bazuki, granaty czy bomby. Pod oknem stało 5 komputerów. Obok nich WIELKIE regały z książkami magicznymi jak i mugolskim. Podłoga pokryta była pomarańczowym stonowanym dywanem a po lewo od drzwi stało zielone łóżko. Najbardziej niezwykła jednak była, przesycona magią, przestrzeń pomieszczenia. Harry podszedł do szafy wciśniętej pomiędzy łóżko a biblioteczkę. Otworzył ją. Była pusta. „No cóż, a czego ja się spodziewałem? Przecież nie mieszkałaś tu już na długo przed śmiercią.” Odwrócił się i podszedł do książek. Wyciągną rękę i zaczął przesuwać po ich grzbietach. „Większość czytałem. Wreszcie wiem skąd je dla mnie brałaś. A to co?” zatrzymał rękę na stalowej księdze. Wyją ją ostrożnie i przyjrzał się jej. Na głównej stronie widniał herb samego Salazara Slytherina. Tytuł napisany był w dwóch językach. Część pierwsza w języku runicznym „Dziedzictwo” a druga w mowie węży „magii”. „Hmmm. Ciekawe co to znaczy. Może naprawdę jest to historia magii ale w takim razie co ma z nią wspólnego Slytherin?  Warto by było to przeczytać. Teraz raczej nie dam rady. Jak niedługo nie wrócę to pewna zołza urwie mi głowę albo gorzej doniesie o tym staremu zgnilcowi. Poproszę Lucjusza żeby mi ją dał. On i tak nie jest w stanie jej przeczytać więc może nie będzie robił kłopotów. Z drugiej strony to jednak Malfoy i ślizgon a oni tak łatwo nie porzucają swojej własności. Jak by go tu przekonać? Mam! Przecież Sarka ukryła tu gdzieś ich sztylet rodowy o całkiem potężnej mocy. Z tego co pamiętam to ukradła go ojcu kiedy ten chciał ją oddać w ręce Voldiego. Potem już tu nie wracała. Tylko gdzieś ty to włożyła?” Harry zdjął okulary i rozejrzał się jeszcze raz po pokoju, ale nie znalazł nic godne uwagi. Zwrócił wzrok na nowo ku książką. Uśmiechną się. „Mam cię aniołku.” Jedna z książek wyraźnie pokryta była złotą poświatą. Chłopak ponownie założył okulary a następnie sięgną po stary odrapany wolumin. Otworzył go ostrożnie. Jak się spodziewał w środku były normalne zadrukowane kartki.  „Jak zawsze perfekcjonistka.” Pomyślał  po czym nagryzł palec i przyłożył do jednej ze stron. Księga zapłonęła niebieskim ogniem nie raniąc go jednak. Po kilku sekundach ogień rozproszył się. Teraz Potter trzymał w ręku standardową Mugolską książkę-schowek na broń. Zamiast pistoletu leżał w niej jednak starannie wykonany sztylet. Utrzymany w kolorach zieleni i krwistej czerwieni. Rękojeść ozdobiona została herbem rodu Malfoya. Harry zamkną księgę na nowo. Miał co chciał. Odsuną się od regału i skierował do wyjścia. Skrzat czekał na niego niecierpliwie chodząc w kółko przed wejściem i umartwiając się że „pierwszemu wśród władców kręgu” może się coś stać. Sam nie wiedział dlaczego nazywał tak tego niepozornego człowieka ale jego magia za którą zawsze podążał tak mu mówiła i nie zamierzał tego zmieniać. Jak tylko czarnowłosy pojawił się z powrotem stworzenie stanęło gotowe wykonać jego rozkazy. Tymczasem przejście do tajemniczego pokoju na nowo się zamknęło pozostawiając pustą ścianę.
- Drow mógłbyś zaprowadzić mnie do pana Malfoya?                                                                                              
- Oczywiście sir.
Ruszyli korytarzem skrzat szedł z przodu a Harry z tyłu nadal. Rozmyślając o tajemniczej księdze. „Skąd ty to wzięłaś? Czy to możliwe że Salazar wcale nie był zdrajcą? Co się wtedy tak naprawdę stało? I najważniejsze czy to jest na pewno to co myślę a nie jakaś baśniowa opowieść? Oby. Jeśli to to wtedy nadal. Jest nadzieja.” Harry podniósł głowę zdziwiony tym że stanęli. Przed oczami miał drzwi do salonu. Otrząsną się z zamyślenia i sięgną po klamkę.
- Pana ręka sir!- Zaskrzeczał ostrzegawczo skrzat. Ten dźwięk do końca rozbudził Harry’ego.
- Ach. Dziękuje.
Tym razem zielonooki jedynie przymkną oczy a ręka wróciła do pierwotnego stanu. Teraz już bez problemu otworzył drzwi. Na nowo założył maskę nonszalancji i z rozmachem wkroczył do pomieszczenia po czym rzucił się na sofę.
- Witaj Lucjuszku.
-Nie przypominam sobie abym pozwalał ci mówić do mnie po imieniu nie wspominając już o tej wstrętnej formie którą wymyśliłeś! Poza tym kto uczył cię manier?! To przejaw braku kultury siadać zanim cię zaproszą.
- Blablablablablabla. Długo jeszcze będziesz mi wytykał te głupoty czy może wreszcie usiądziesz i przyjrzysz się moim znaleziskom bo jak zakładam twoje zaklęcie monitorujące ma się bardzo dobrze a czerń jest wprost zatrważająco pasjonująca?- Starszy mężczyzna powoli wypuścił powietrze próbując nie wybuchnąć. Oczywiście zdawał sobie sprawę że chłopak ma racie ale nie zmieniało to faktu że go niebywale irytował. - Dobra już daj spokój z tą miną ala Kuba Rozpruwacz przy pracy. Jestem po prostu padnięty od prawie tygodnia nie spałem a teraz pewnie znowu zarwę nockę. Proszę.- Mówiąc to podał mu czarną książkę.- Otwórz powinna ci się spodobać.
Mężczyzna odebrał przedmiot z ręki chłopca i przyjrzał mu się uważnie. Po namyśle otworzył go. Tego się nie spodziewał. Zamiast stron znalazł tam zaginiony sztylet rodowy. Ostrożnie wręcz z czcią ujął go w dłoń. Czarną oprawkę odłożył na stuł. Zaczął obracać go w dłoni. Jego oczy świeciły z podniecenia.
- Potem się tym pobawisz. Teraz lepiej mi powiedz czy wiesz coś o TEJ księdze.- Lucjusz niezadowolony że ktoś a konkretnie Potter przerywa mu tę nabożną chwilę podniósł gniewny wzrok. Jednak gdy tylko natrafiły na przedmiot do którego odnosił się chłopak rozszerzyły się w szoku. Mężczyzna skamieniał z przejęcia. „Czy wiem co to jest? W co ty sobie ze mną pogrywasz Potter! Każdy szanujący się członek czarodziejskiego społeczeństwa powinien o tym wiedzieć. Dziedzictwo magii dzieje od pierwszej z pośród czarodziejów aż do dzisiaj opowiedziane przez magie zawartą na stronach tej księgi. Napisana dwoma a nawet większą ilością magicznych języków. Bezcenna i równie bezwartościowa.” Mimo wszystko ciekawość skłoniła starszego mężczyznę do sięgnięcia po artefakt. Pod jego dotykiem węże spokojnie śpiące na okładce zbudziły się i zaczęły ożywać.(mam na myśli aspekt 3D) Syczały i ustawiały się do ataku. Pomimo swej grozy wyglądały pięknie. Zdawały się być przepełnione magią i mistyczną mocą. Od razu stawała się wyczuwalna ich niewiarygodna potęga. Skóra im migotała w niezwykłym świetlnym odcieniu tęczy.
- Niegodny! Odejdź! Zgiń! Niegodny! Umrzyj! Niegodny!- Syczały jeden przez drugiego. Wtem najbliższy ręki Malfoya zaatakował.
- Stójcie! Dość!- Odsyknął gniewnie Harry.  Węże się zatrzymały jakby jakaś niewidzialna siła odgrodziła je od ich celu. Największy skierował wzrok na chłopca.
- Czemu nas powstrzymałeś dziedzicu? On jest nieczysty! niegodny dotknąć tej księgi!
- Dziedzicu? Czyim mam być dziedzicem?
- Och, jestem pewny że wiesz i to nie od dziś. W końcu poznałeś strażniczkę.
- Więc jednak. To naprawdę TA księga o magii. Przekazywana jedynie dzieciom rodu królewskiego Asagawa. A w czasie ich nieobecności strzeżona przez strażników.
- Owszem. Więc chłopcze dopełnijmy tradycji. Jam jest Viakor JEJ przyjaciel w pętli czasu zaklęty. W twe ręce się oddaje i ci mą wiedze powierzam jak przed tobą memu panu poprzedniemu Sakralowi Asagawie.
- Jam jest dziecię krwi piekielnej i anielskiej. Nazwisko me magią pradawną wypisane Asagawa brzmi a imię Rin. Ciebie Vikorze i twój dar z pokorą przyjmuję.- Zielonooki poczuł mrowienie magii na ręku. Jego lewy nadgarstek rozbłysnął. Po chwili zdobiła go stylowa zielono czarna bransoletka w kształcie węża o rubinowych oczach.- Vikorze wiesz może jak brzmiało miano Sakrala wśród nienaznaczonych?- Spytał ciekawie chłopiec nadal. Przyglądając się nowej ozdobie.
- Dużo minęło od niego czasu i ludzkich pokoleń dla mnie jednak to nadal jakby wczoraj. Tak pamiętam Salazar Slytherin. 
- Nie powiem że jestem zaskoczony bo bym skłamał, ale nie spodziewałem się że od jego śmierci nie narodził się nikt inny. To powoduje nie lada problem.
- Niestety masz racje. Królewska magia wymiera a pieczęć słabnie.- Harry zasępił się. To zdecydowanie nie była dobra wiadomość. To co może się stać  przewyższa nawet dzieło zniszczenia wszystkich mrocznych lordów jakich pamięta historia. Westchną. Usiadł i podparł rękami głowę.
- To fatalna wiadomość.
Malfoy widząc zmartwienie chłopaka wreszcie otrząsną się z szoku. Popatrzył najpierw na zielonookiego potem na węże i z powrotem. „Skoro nawet ciebie to martwi musi być to coś naprawdę ważnego. Kim ty, do cholery tak naprawdę jesteś? Najpierw język runiczny teraz wężomowa a do tego władza nad tą księgą. Co będzie następne? Chyba wole nie wiedzieć. Do tego księga dziejów magii niebezpieczna ale za to jak potężna. Ciekawe co ma wspólnego z Salazarem Slytherinem? Herb noszony jedynie przez założyciela i ten na książce są identyczne. Nawet Lord nie miał do niego prawa więc czemu odpowiada na Pottera. Co się do diabła dzieje?” Spojrzał na Harry’ego podejrzliwie. „Robi się coraz ciekawiej. Nie mogę się doczekać jutra. W końcu mam być nowym nauczycielem obrony przed czarną magią. Teraz lepiej spruje się dowiedzieć co takiego sprawiło że nawet on jest strapiony.”
- Potter raczysz mi może wyjaśnić co sprawiło że wyglądasz jak 1000 nieszczęść?
- Jeśli tak próbuje pozyskać pan ważne informacje to już wiem dlaczego wielu uważa pana za demona. Ród królewski wymiera a wraz z nim starożytna magia. Jakby tego było mało pieczęć na wrotach piekieł słabnie. Już niedługo możemy być światkami jej otwarcia.- Blondyn skamieniał. Tego z pewnością się nie spodziewał.
- Po czym to niby wnioskujesz?- Zapytał groźnie lecz z nutą drżenia w głosie.
- Słyszał pan może kiedyś historie narodzin magii wśród ludzi?- Mężczyzna prychną oburzony.
- Potter za kogo ty mnie masz?! Oczywiście że słyszałem. Jak zresztą każdy czysto krwisty, co ma ona jednak do rzeczy?
- Do zrozumienia tego co się dzieje będzie panu ona niezbędna. Dla pewności pozwolę sobie ją przeczytać. Nie ma pan nic przeciwko?- Niebieskooki w pierwszej chwili chciał mu zabronić ale gdy dotarł do niego sens słów chłopaka zrozumiał że oto ma przed sobą jedyną i niepowtarzalną szansę poznania choć minimalnej części historii zapisanej w tej pradawnej książce.
- Oczywiście jeśli cię to uszczęśliwi. Ale to tylko strata czasy.- Harry wziął do ręki księgę. Węże ułożyły się wygodnie w okładce a zielonooki otworzył dzieło na pierwszej stronie i zaczął czytać 
 - Na ziemi panował potworny mrok. Wrota piekieł stały otworem. Pan ciemności gnębił ludy tej planety. Wśród elfów młoda i piękna Anabel, siostra Arrona, patrzyła na potęgę Morkana. Zadziwiał ją brak dobra w sercu potwora. Uważała za niemożliwe istnienie tak strasznego zła. Postanowiła wyruszyć do Kolladaru- piekielnego państwa-aby ubłagać strasznego władcę cieni, który porwał jej ojca i go torturuje. Miała nadzieje, iż zostanie wysłuchana a jej prośba uwolnienia ojca spotka się z pozytywnym odzewem.
Gdy dziewczyna dotarła na wysuszone i wypłowiałe pola zaczęła wątpić czy jej się uda. Nie wiedziała, że oczarowany jej urodą i odwagą Demon obserwuje ją. Po długiej i wycieńczającej podróży dotarła wreszcie nocnych wrót. Nagle usłyszała potężny głos:
-Kim, że jesteś dziewko?!- Przerażona i niezdolna odpowiedzieć szukała właściwych słów, lecz na próżno. -Odpowiedz!- Rozległ się ten sam głos. Po długiej chwili zdołała odpowiedzieć.
-Ja jestem Anabel córka Andana. -Choć próbowała nadać swojemu głosowi spokojny i pewny ton, nie udało jej się to. Głos jej drżał. Nadal rozglądała się dookoła.
Morkan przyjrzał się uważnie dziewczynie. "A więc była córką przywódcy rebelii i do tego elfką. Powinien ją zabić lub zamknąć wraz z ojcem." Pomyślał. Spojrzał znów swym czarnym jak węgiel okiem na smukłą, niebieskooką niewiastę o długich blond włosach. Nie mógł jej skrzywdzić. Była taka niewinna i delikatna. Jego rozterki przerwał cichy melodyjny głos dochodzący z pod bram.
-Panie ciemności, jeśli mnie słyszysz proszę cię, błagam pozwól mi mówić. Potem możesz zrobić ze mną, co chcesz.- Nagle rozległ się szloch, który przerwał słowa podróżniczki.- Wypuść mego ojca i pozwól mu odejść. Ze mną zrób, co zechcesz, zabij, uwięź, torturuj, tylko go uwolnij. Oszczędź go. Proszę.- Teraz przerwała już na dobre, a jej płacz odbijał się o ściany jego komnaty.
Wstał. Nie mógł znieść jej łez. Pierwszy raz odkąd porzucił los anioł i stał się upadłym poczuł, że ma serce. Nie wyobrażał sobie, aby mógł nie spełnić jej prośby. Już wiedział, że to zrobi bez względu na to czy córka Andana zgodzi się na jego warunki. Postanowił sam otworzyć jej wrota swego królestwa. Wyszedł i skierował się do ogromnych, czarnych bram nocy.
Anabel siedziała z podkulonymi nogami obejmując je rękoma. Cała dygotała od płaczu a może z zimna. Nic ją już nie obchodziło. Pragnęła tylko, aby jej ojciec był wolny. Jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić uznała za nieważne. Ciekawiło ją, czego ten, którego wszyscy się bali i nazywali go Najokrutniejszym pośród demonów zażąda od niej. Wiedziała, że musi temu podołać inaczej straci tatę. Z rozmyślania wyrwał ją odgłos otwieranej bramy. Wstała i spojrzała w tamtą stronę. Była pewna, iż ujrzy obrzydliwego orka, podstępnego gremlina, okrutnego czarta lub, czego najbardziej się bała wampira. Za bramą stał jednak wysoki, opalony brunet o czarnych oczach. Miał wspaniałą budowę ciała i ładnie rzeźbioną twarz. Podeszła do niego bliżej by mu się przyjrzeć. Gdy się zbliżyła zapytała go:
-Kim jesteś panie? Mam nadzieje, że nie synem księżyca.- Młodzieniec spojrzał na nią uważnym wzrokiem.
-Nie, nie pochodzę z tej rasy. Orkiem ani gremlinem także nie.- Powiedział to głębokim męskim głosem.
-Ale on cię przysłał? Jesteś jego sługą? Nigdy o tobie nie słyszałam. Czy twój pan mnie wysłucha?- Chłopak uniósł rękę próbując przerwać jej pytania. Spokojnym i opanowanym głosem rzekł
-Nie on mnie tu przysłał i nie jestem jego sługą.- Dziewczyna z przestrachem się cofnęła.- Wiesz już, kim jestem?- Spytał obserwując jej reakcje.
-Nie i nie chce. Przyszłam do niego. Muszę z nim zamienić kilka słów.- Te słowa wypowiedziała z histerią i rozpaczą w głosie.
-Mówisz z nim moja droga. Ja jestem Morkan pan i władca ciemności.- Mówiąc to rozwiną swe czarne jak noc skrzydła które dotąd były ukryte pod luźno zawieszonym na plecach płaszczu. Patrzył na jej reakcje. Zdziwienie przeszło w niepewność i strach.
-Nie wiedziałam, że pan jest nim. Ja przepraszam. Myślałam, iż wygląda pan inaczej. Sądziłam, że nie jest pan człowiekiem.- Nagle spostrzegła na sobie jego czujne spojrzenie. Zamilkła.
-Więc, za kogo uważają mnie elfy?- Odparł z kpiną.- Za trójgłowego smoka, a może człowieka o rogach na głowie i kozich nogach?- Zobaczyła gniew w jego oczach. Jeśli chciała uratować ojca musiała zdobyć się na odwagę. Postanowiła zmienić temat.
-Czego pan ode mnie żąda?
-Nie tak szybko moja droga. Najpierw odpowiesz na moje pytanie potem ja na twoje. Jeśli nie to żegnam.- Odparł lodowatym tonem, lecz w duchu się uśmiechał. Musiał przyznać. Była niezwykła. Czekał. Wreszcie na niego spojrzała i wymamrotała:
-U nas postrzegają Władcę ciemności jako przerażającą bestie, której widok może zabić.- Mówiła coraz ciszej.- Ma ona wzrok, w którym czai się zło i nie rozświetlona ciemność. Wokół tego potwora jest czarna mgła, która nigdy nie niknie. Powstały z piekieł by na ziemi poszerzyć swoje królestwo.- Nagle przerwał jej jego serdeczny i przenikliwy śmiech. Popatrzyła na niego zdezorientowana. Czy ktoś taki mógł się cieszyć?
-Dlaczego tak na mnie patrzysz pani? Czyżbyś nigdy nie słyszała jak ktoś się śmieje? Żałosne z was istoty. Owszem oczy moje są czarne jak niczym nie rozświetlona noc a ja sam jestem Panem piekła lecz na ziemi jestem równie śmiertelny i ułomny jak człowiek. Tu niczym się od nich nie różnie.
-Przepraszam, po prostu mnie to zdziwiło.- Spojrzała na niego niepewnie.- Nie jesteś jak zwykły człowiek, lecz potężny, zakazany i bardzo pociągający czarny anioł któremu chciałabym się oddać.- Powiedziała to tak cicho by tylko nie usłyszał. Podniosła głowę. Gdy spojrzała w jego oczy zrozumiała, że jednak się nie powiodło.
Jej słowa przeszyły mu serce. Anabel się zaczerwieniła a on nie mógł nad sobą zapanować. Nie wiedział, co się z nim dzieje wielokrotnie już pociągały go kobiety różnych gatunków ale żadna tak mocno. Podszedł bliżej. Poczuł ciepło jej ciała. Popatrzył w oczy. Ujrzał w nich to samo pragnienie, co swoje. Obią ją delikatnie jak najcenniejszy skarb. Pomału się nachylił. Dziewczyna uniosła głowę i czekała. Nie cofnęła się ani nie wyszła mu na przeciw. Po chwili ich usta się spotkały. Całowali się delikatnie i powoli, ale już po upływie paru sekund pocałunek stał się gorący i namiętny. Morkan z największym trudem się od niej odsunął. Oddech mieli przyspieszony.
-To było niezwykłe i cudowne.- Wyznała po dłuższej chwili.
-Czy znasz już moją prośbę?- Zapytał.
-Tak. Boję się, ale jestem gotowa ci się oddać za wolność mego ojca.
-Czy to jedyny powód?- Przy tych słowach uśmiechał się.
-Oczywiście a cóż by miało jeszcze mieć dla mnie znaczenie.- Jej ton na nowo stał się rzeczowy.
-Więc odejdź wraz z Andanem już zapłaciłaś za jego wolność.
Jego ostra barwa głosu i rzeczy, jakie powiedział bardzo ją zabolały. Cierpienie, które przysporzyły rozdarło ją od środka.
Syn Nocy odwrócił się i odszedł w ciemność swej fortecy. Złościł się, że pozwolił sobie na coś takiego. Jego serce rozbiło się w drobny mak po jej słowach. Napotkał po drodze Sveratona przywódcę wampirów.
-Mój sługo idź po tego rebelianta i oddaj go dziewczynie, która czeka za drzwiami. Nie będzie już nam potrzebny.
Zdezorientowany krwiopijca spojrzał na swego pana, ale nie odważył się zakwestionować jego rozkazu.
-Tak jest panie.- Tylko tyle był w stanie powiedzieć. Czarny Pan odwrócił się do niego plecami odrzucając pelerynę z ramion na plecy. Odszedł.
Zimny człowiek długo patrzył na swego pana. Znał go już szmat czasu. To on go przygarnął, gdy jako młody zagubiony wampir zapuścił się w te odludne skaliste pustynie a inne demony próbowały się nim pożywić. Jednak po raz pierwszy ujrzał w jego oczach ból, przygnębienie i zdenerwowanie. Co mogło się stać? Rozmyślając skierował się do podziemnego lochu. Było to mokre i najciemniejsze miejsce w całym Kolladarze. W jednej z zatęchłych cel na posłaniu z zamoczonej i zapleśniałej słomy siedział wycieńczony elf. Wampir wziął klucze i skierował się w stronę więzienia. Na zgrzyt zamka mężczyzna odwrócił głowę. Sveraton pewnym krokiem wkroczył do celi.
-Zostaw mnie i tak nic ci nie powiem.- Głos więźnia przepełniony był bólem.
Krwiopijca jednak nie zważając na jego słowa wyciągnął go z celi. Rzucił na podłogę rozbijając tym nos elfa. Po krótkiej szamotaninie sługa czarnego władcy związał ręce więźnia grubym sznurem a nogi zakuł w łańcuch. Tak obezwładnionego rebelianta wyprowadził z lochów. Długo szli w mroku Kolladaru aż dotarli do ogromnych wrót. Wyrzeźbione na nich były stare ryty używane już tylko w języku magii. Wtedy wampir niepostrzeżenie włożył klucz od kajdan w więzy na rękach. Wyrzucił osłabionego i poranionego Andana za bramę nocy. Anabel podniosła się z ziemi i pobiegła do taty.
-Ojcze, ojcze żyjesz?- Po tych słowach upadła obok mężczyzny na kolana.
-To ty moja dziecinko. Naprawdę ty.- Uniósł ręce by dotknąć jej twarzy. Dziewczyna zauważyła więzy na rękach więźnia. Szybko je rozcięła. Zrobiwszy to znalazła klucz do kajdan. Po chwili jej tata był wolny.
-Musimy uciekać córko szybko.- Skierował się w stronę Rokonallo. Po chwili spostrzegł, iż ona nie idzie za nim tylko nadal trwa przy bramie. Wpatrywała się w czarną wierze.
-Co się stało? Czemu nie idziesz ze mną Anabel?- Zapytał z trwogą i przerażeniem.
-Nie mogę ojcze. On na mnie czeka. Ja obiecałam. Nie potrafię złamać danego słowa.- Elf spojrzał na nią ze strachem.
-Ten potwór zwrócił mi wolność mi wolność odebrał dziecko. Utrata ciebie jest większym cierpieniem niż wszystkie tortury. Wole umrzeć niż oddać mu ciebie. Zaprawdę jesteś najokrutniejszym wśród demonów Morkanie.
-On mnie nie chce. Kazał mi z tobą odejść, ale boje się, że jeśli pójdę to zabije mnie i ciebie. Proszę pozwól mi tu zostać.- Po tych słowach rozpłakała się.
-Dobrze zostań. Niedługo po ciebie wrócę a wtedy znów będziesz wolna. Obiecuje. Czekaj na mnie i swego brata. Uwolnimy cię z rąk tego tyrana.- Z łzami w oczach odwrócił się i odszedł. Serce rozdzierał mu wielki ból po utracie ukochanego dziecka. Wiedział, iż jeśli pozostanie lub zabierze ją ze sobą oboje zginą. Postanowił, więc dotrzeć do domu elfów, zebrać armie i odbić Anabel z rąk czarnego pana.
Elfka patrzyła jak Andan odchodzi. Zniknął jej z oczu. Odwróciła się w stronę bramy. Ostrożnie zastukała wielką kołatką w kształcie węża. Nic się nie stało. Usiadła i czekała. Miała nadzieje, iż Morkan wybaczy jej słowa, które wypowiedziała. Nie wiedziała, dlaczego została. Mogła przecież odejść. Musiała w końcu przyznać przed sobą, że trzymało ją tu wspomnienie jego ust i tego pocałunku. Chciała więcej. Nie była pewna tylko czy się odważy. Wrota znowu się przed nią otworzyły. Tym razem jednak nie stał w niej przystojny mężczyzna, na którego czekała, lecz wampir. Poznała go po długich kłach, z których spływała krew. Wstrząsnął nią dreszcz strachu i obrzydzenia.
-Czego tu jeszcze chcesz? Czyż nie otrzymałaś już swej nagrody. Ten śmieć jest wolny. Wynoś się!- Sveraton chciał zatrzasnąć bramę. W tym momencie dziewczyna szybko prześlizgnęła się koło niego. Była drobna i zwinna, więc przyszło jej to z zadziwiającą łatwością. Skierowała się w stronę mrocznego pałacu. Sługa czarnego pana w porę jednak zdążył ją złapać za ramię. Odwróciła się i wymierzyła mu z całej siły policzek. Z jego twarzy popłynęła krew. Ucisk jednak nie zelżał ani trochę. Próbowała się uwolnić. Na marne. W czasie szamotaniny spojrzała na jego policzek, ale na nim nie było już śladu rany.
-Uspokój się i odpowiedz. Czego tu szukasz?- Ton jego głosu był szorstki i władczy. Anabel stanęła spokojnie.
-Jestem córką Andana i przyszłam tu by służyć twemu panu w zamian za wolność mego ojca.- Nabrała powietrza i już miała mówić dalej, gdy ujrzała wyraz jego twarzy.
-On nie potrzebuje twojej łaski elfii pomiocie. Może sobie wziąć, kogo chce na służbę. Nie jesteś warta tego by nazywać go swym panem.- Uniósł rękę i uderzył ją z ogromną siłą. Dziewczyna zatoczyła się w ciemność i upadła.
 -Nie waż się robić tego nigdy więcej, Sveratonie! To ja wybieram sobie swoich służących.- Morkan stał na szczycie schodów wierzy.- A ty- zwrócił się do Anabel.- Powinnaś była odejść póki mogłaś. To nie miejsce dla takich jak ty. Skoro jednak tego nie zrobiłaś, odejdź teraz. Sveratonie odprowadź panią do wyjścia.- Odwrócił się by odejść.
-Nie idź, błagam pozwól mi zostać. Zrobię wszystko, czego zapragniesz.
-Naprawdę uważasz, że jeśli tu nie zostaniesz to złamie dane ci słowo. Mylisz się moja droga. Jeśli teraz nie wyjdziesz nigdy już cię nie uwolnię. Wiesz o tym.
-Tak. I taką podjęłam decyzję. Zostaje. Chce ci służyć. To powiedz, co mam zrobić a to wykonam.- Sveraton zaczął się śmiać.
-Jest środek nocy panienko. A mimo waszych opinii Książę Piekła nie jest tyranem i potworem.
-Mój drogi nie prosiłem cię o pomoc.
-Wiem panie, ale także tego nie zakazałeś. Gdzie mam ją zaprowadzić? Musi gdzieś przenocować i się ogrzać. Długo siedziała pod bramą na pewno zmarzła i zgłodniała.
-Dam sobie rade nie potrzebuje niczyjej łaski.
-Zauważyłem. Przyjacielu musze ci przyznać rację. Przeszła też wycieńczającą podróż. Wprowadź ją do białej komnaty.- Na twarzy wampira odbiło się wielkie zdumienie.
-Dobrze.- Podniósł Anabel i wziął ją na ręce.- Nie wierć się dziewczyno. To dla twojego dobra.- Władca mroku odszedł. Oni tymczasem podążyli w górę wierzy aż dotarli na sam szczyt. Gdy stanęli przed drzwiami te otworzyły się same. W świetle księżyca elfka zauważyła tylko kontury mebli.
-To jedyne miejsce w całym Kolladarze gdzie dochodzi światło. Rozgość się tu wygodnie i wyśpij. Jak zejdziesz pan poda ci, co masz robić?- Po tych słowach wyszedł. Wykończona niewiasta położyła się na łóżku i zasnęła.
Morkan z samego rana z tacą jedzenia udał się do komnaty na górze. Anabel uważała go za potwora i najgorszą istotę na ziemi. Może taki właśnie był. Lecz zamierzał względem niej zachować się inaczej. Stanął przed drzwiami komnaty. Nie otworzyły się, co znaczyło, iż była w środku. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Rozejrzał się po rozświetlonym rannym słońcem pokoju. Jak dawno tu nie był? Drewniane pokryte złotem meble stały zakurzone przy ścianach. Na środku znajdowało się wspaniałe iście królewskie łoże. Podszedł bliżej i ujrzał przecudną istotę pogrążoną we śnie. Oddech mu zaparło z wrażenia. Taca niebezpiecznie zakołysała się w jego rękach. Więc czym prędzej siłą woli odstawił ją na nocny stolik. Przysiadł na brzegu łóżka. Nachylił się i odgarnął włosy z czoła dziewczyny. Już chciał wstać i odejść, kiedy ta otworzyła oczy. Była zaspana. Wzniosła głowę i na niego spojrzała. Stał w świetle najczystszego słońca. Anabel myślała, że śni. Dlatego postanowiła spełnić swe pragnienie i go pocałować. Wyciągnęła do niego rękę i zaspanym głosem powiedziała:
-Chcesz wyjść nie całując mnie na dzień dobry.
Syn nocy stał przez chwilę nieruchomo. Myślał, że to sen. Czym prędzej podszedł do niej. Wziął w ramiona, pocałował namiętnie i długo. Elfka odwzajemniła pocałunek z jeszcze większą pasją. Nie mógł nad sobą panować. Lekko odepchnął ją na łoże. Po chwili znalazł się nad nią. Pragnęli tego samego widział to w jej oczach. Delikatnie zaczął ją całować. Najpierw w usta, policzki, czoło kiedy natknął się na jej sterczące uszko przygryzł je delikatnie
- Ach!- Jęknęła w odpowiedzi na to elfka. Morkan spojrzał na nią swoim rozżarzonym wzrokiem po czym zaczął obsypywać tym razem kark dziewczyny pocałunkami tworząc gdzieniegdzie malinki. Tymczasem jego ręce także nie pozostawały bierne. Masował jej szczupłe ciało do dołu w górę aż natrafiły na piersi. Zaczęły je ugniatać i masować. W końcu nie wytrzymał usiadł na jej biodrach po czym jednym szarpnięciem zerwał z elfki ubranie. Na widok jej nagiego ciała jego penis stał się jeszcze bardziej napęczniały. Szybko pozbył się zbędnych ubrań po czym wrócił do przerwanej czynności. Jedną ręką masował pierś kochanki drugą zaś jej uda. Na przemian ssał i przygryzał sutek drugiej piersi. Jego dłoń znalazła się na cipce partnerki. Zaczął masować i pobudzać dziewczynę. Dotąd bierna Anabel wyciągnęła ręce i pociągnęła go do pocałunku.
- Wejdź we mnie. Ja już nie wytrzymam.- Wyszeptała rozgorączkowana. Morkan zarzucił sobie nogi elfki na ramiona i jednym szybkim pchnięciem znalazł się w niej.
-Aaaaaa!- W oczach partnerki pojawiły się łzy.
- Ci. Zaraz przestanie wytrzymaj jeszcze tylko chwilę.- Czarny Anią zlizał łzy z twarzy kochanki.
- M…możesz.- Więcej nie było trzeba mężczyźnie. Zaczął się poruszać najpierw powoli ale z każdą chwilą coraz szybciej.
- Mocniej! AACH! Jeszcze! Mocniej! Ach, ach. AAAACH!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- Moja.- Szepną jeszcze w pełni usatysfakcjonowany demon po czym opuścił wnętrze kochanki. Elfka przylgnęła do niego ufnie po czym oboje zasnęli. Obudzili się dopiero po 2 godzinach. Morkan bawił się włosami Anaben a ta spokojnie wsłuchiwała się w rytm jego serca i wdychała zapach kochanka.
- Nie wiem jak to możliwe ani jak to się stało ale obudziłaś moje serce podstępny elfie. Teraz bije tylko dla ciebie więc nie warz się mnie opuścić.- Słysząc te słowa kobieta poderwała głowę i spojrzała głęboko w te czarne oczy.
- Kocham cię szczerze. I pozostanę z tobą tak długo jak będziesz chciał a nawet dłużej.- Na przypieczętowanie obietnicy pocałowali się po raz kolejny. Potem jeszcze długo i z niezmienną pasją się kochali. Nadeszło południe. Oni leżeli w swoich ramionach nie przejmując się niczym. Czarny władca karmił elfkę już zimnym jedzeniem, które przyniósł. Oboje byli szczęśliwi. Wiedzieli już, czym jest odwzajemniona miłość. Potem jeszcze wiele nocy tak spędzili. Pragnęli się cały czas tak samo mocno. Niestety kobieta zapomniała o słowach ojca. Po trzech latach urodził im się pierworodny-, Dominiko. Dwa lata później Marek. A jeszcze po roku nadeszła kolej na córkę, której nadali imię Sara. W dawno zapomnianym języku "kwiat Nirlądu". Minęło dziesięć cudownych lat. Na świecie nie dochodziło do wojen. A wszystkie ludy żyły w zgodzie i pokoju.
Tylko Andan planował woje. W końcu postanowił wyruszyć i odbić swą córkę z rąk Morkana. Cztery dni przed rozpoczęciem bitwy w piąte urodziny dziewczynki wkroczył do Kolladaru. Rozgorzała bitwa, lecz ucztujący i świętujący mieszkańcy Czarnego Miasta byli tak zaskoczeni, że nie odparli ataku. Przywódca skierował się do wierzy wszedł do jednego z pokoi i ujrzał Mrocznego Władcę. Napiął łuk gotów zabić przeciwnika. Nie zauważył jednak swej córki pomagającej mężowi zapakować prezent. Wypuścił strzałę. Anabel bez chwili zastanowienia odepchnęła ukochanego z linii strzału. Pocisk przebił jej serce. Przerażony ojciec opuścił łuk. Pan Cienia podniósł się z ziemi i podszedł do ukochanej.
-Kocham cię Morkanie i zawsze będę- Po tych słowach umarła. Mężczyzna spojrzał na tego, który ją zabił. Światełko w jego oczach zgasło. Otoczył go mrok. Nienawidził wszystkiego. Nie potrafił już nic poczuć. Pragnął tylko zemsty na każdym, kto jest szczęśliwy. Wstał postanowił zacząć już teraz, uniósł ręce w górę.
-Ciemności przybądź i mi dopomóż! Me serce umarło! Nie potrafię już kochać! Daj mi siłę by wymierzyć karę i zdobyć władzę nad tym światem.- Wszystko wokoło zakryła ciemność. Wiele jej zaczęło wsiąkać w swego pana. Andanowi w porę udało się uciec. W chwili, gdy mrok okrył ziemie wszystkie elfy uciekły z Kolladaru. Rozwścieczony i rządny krwi władca skierował się na zewnątrz swej siedziby. Ujrzał swych synów. Ten widok pogłębił ranę po utracie Anabel. Nie mógł na nich patrzeć. Nagle jeden z chłopców wyciągną rękę a na niej zapłonął ogień. Morkan wziął to za znak. Moc, której potrzebował była w jego synach. Musiał ich zabić. Wziął chłopców na ręce i skierował się w stronę przepaści śmierci. Nie zauważył jednak podążającej tuż za nim córki. Postawił dzieci na ziemi.
-Pomóżcie mi rzucić klątwę na tych, którzy zabili waszą mamę.- Chłopcy skinęli głowami na znak zgody.
-Utwórzmy krąg. Powtarzajcie za mną. „Oto przybądźcie moi czarni synowie z śmierci powstali! Na me wezwanie do walki stańcie! Magiczne rasy wyniszczcie ludzi wybijcie a elfy do piekielnych zrzućcie kotłów. Niech ziemia piekłem się stanie.”- Skończyli przypieczętowując klątwę własną krwią. Władca ciemności ujął sztylet w prawą dłoń i podszedł do synów. W ich oczach odbijało się przerażenie. Bez mrugnięcia okiem podciął ich gardła dopełniwszy dzieła czekał na ich odrodzenie jako demonich książąt. Nagle usłyszał cichy krzyk i płacz. Odwrócił się. Za nim stała córka. Uniósł nóż, lecz ten zamienił się w kałużę, pod mocą jej wzroku. Dziewczynka z płaczem uciekła w głąb lasu aż dotarła do starego enta Witana. Usiadła i oparła się plecami o jego pień. Wiedziała, że tylko ona może powstrzymać ojca i zdjąć przekleństwo. Co prawda tylko na krótko całkowicie ale za to na zawsze ją osłabi. Niestety znała także cenę tego, co zamierzała zrobić. Wszyscy do tej pory, którzy próbowali użyć żywiołów umarli. Mimo to zaczęła śpiewać.
 Pozwolisz jednak Lucjuszu że pieśń tą pominę bo mogła by ona mieć nie za ciekawe konsekwencje w każdym razie musisz wiedzieć że jej się udało. Nawet więcej jako pierwsza to przeżyła. Ona to nadała początek linii czarodziejów. Jest także założycielką rodu Asagawa który nazywany jest królewskim. Podczas wojny w której brała udział zapieczętowała wrota piekieł pod ziemią umierając. Miała syna Nathaniela. Więcej nie wiem. Jak to przeczytam do końca to mogę ci opowiedzieć. Teraz jednak najważniejsze jest że ostatnim dziedzicem był Salazar Slytherin a powinni się oni rodzić co 500 lat.
- Ostatnim przed tobą jak rozumiem?- Upewnił się w swoich podejrzeniach Lucjusz. Kiedy chłopak przytakną pozwolił sobie dodać.- Rin, tak nazwała cię Sara na cmentarzu. To twoje starożytne imię tak?
- Nie jest to jedynie moje rodowe miano to starożytne nadal. Wolałbym zachować w sekrecie. Uprzedzając twoje pytanie nie to nic nie zmienia że dziedzic nareszcie się narodził. Straty są za duże. Pieczęć już jest uszkodzona przez co narusza równowagę świata a niektóre demony mogą się wydostać.
- Czarny Pan.
- Tak jednak tylko po części Voldemort. Pradawny demon w piekle zwany Żniwiarzem Cierpień zawładnął ciałem i duszą chłopca pogrążonego w bólu, rozpaczy i samotności. Dzięki temu przedarł się do jego ciała zza bramy piekieł. Rozpoczął swą kwestę siejąc ból, strach, poniżenie, zdradę i śmierć. To wszystko wymieszało się z urazami i cierpieniem zamkniętego wewnątrz siebie w mroku dziecka tworząc małpowatą kukiełkę Morkana imieniem Voldzio. Niestety groźniejszy od niego w swym zatraceniu jest Dropsik.- Malfoy po raz kolejny przeżył szok. „Ile jeszcze razy ten chłopak zamierza wywrócić mój świat do góry nogami? Ach po co ja o tym myślę on i tak zrobi co będzie chciał.”
- Dlaczego Dumbeldore? Przecież to chyba symbol światła.
- Kiedyś może ci powiem. Mamy caaały długi rok. Teraz lepiej będę się zbierał. Nawet Ron nie jest w stanie na tyle zająć Hermiony aby nic nie podejrzewała. Radze na nią uważać to chodząca encyklopedia zna wszystkie definicje i pochodne czy jakieś sprzeczności. Jest jak bomba informacyjna.
- Dziękuje za radę pozwolisz że cię teraz odprowadzę. 
- Spokojnie, jestem Gryffonem, nie okradnę pana.
- Och to mnie nie martwi.
- To o czym chce pan jeszcze porozmawiać?
- Może o twoim domniemanym Gryffoniźmie?
- Ależ dlaczego domniemanym? Jam jest Gryffon 100%, przynajmniej według większości.
- Hahahaha. Jesteś niewiarygodny, nawet teraz mówisz jak wąż.
- Tu nie muszę udawać. Pan nie oczekuje po mnie konkretnego zachowania. Zresztą już pan widział tą moją stronę wcześniej
- Druga klasa, tak?- Malfoy uśmiechną się do wspomnień.
- Dokładnie.
- Przyznaje, byłem nieuważny.
- Nieuważny, phi, chciałeś chyba powiedzieć ślepy z wściekłości?
- Bez przesady… Harry.- Ostatnie słowo dodał z wahaniem.
- A od kiedy to nazywasz mnie po imieniu?
- Od kiedy Potter jest oszczerstwem dla twojej inteligencji.
- Och jak słodziutko, ale przepraszam że cię zmartwię Lucjuszu, to nie cukiernia. A i wole imię Rin, spróbuj zapamiętać.
- Hogwartu też ma to dotyczyć?- Chłopak nabrał powietrza aby coś powiedzieć. Zamiast słów rozległ się czysty dźwięczny śmiech.
- Dawno z nikim tak nie rozmawiałem.- Odparł po uspokojeniu.
- Można wiedzieć dlaczego?
- Cóż jestem chłopcem-który-przeżył nie mogę być mądry, zdolny a tym bardziej przebiegły czy sarkastyczny. Dla Ślizgonów jestem wrogim nr.1 a, Gryffoni to w większości idealistyczni idioci o 0,1% mózgu wy6kożystywanym i tak na pakowanie się w kłopoty. Gdyby chociaż zostawili go na wyplątanie się z nich ale czego ja oczekuje?
- Nie mogę się nie zgodzić. Jednak panna Granger wydaje się całkiem inteligentna.
- Pozory. Zgodzę się że Hermi ma ogromną wiedzę niestety jedyne co potrafi z nią zrobić to zacytować przeczytany fragment. Rozmowa z nią to jak czytanie 50 książek naraz. Bezsensowna strata czasu.
- Ach, dość okrutne podsumowanie.
- Raczej delikatne. Ron kiedyś powiedział że jego narzeczona to podręczna biblioteka z brakiem wyboru pozycji a jedyny jej plus to, to że jest gdzie zawiesić wzrok na archiwistce.
- Och, no tak pan Weasley, jak mniemam, jeszcze gorszy towarzysz rozmów.
- Niestety nie. Jest w porządku, ale tylko na osobności.- Przez twarz chłopca przemkną smutek.- Dobra koniec tych zwierzeń.
 Czarnowłosy podniósł się i podszedł do drzwi.
- Idziesz już?- Zapytał blondyn z dziwnym żalem.
- Taa muszę. A właśnie zapomniałem spytać mogę ją wziąć?- Mówiąc to podniósł do góry trzymaną księgę.
- Spytać czy mnie poinformować? Nie ważne co powiem i tak ją weźmiesz.
- Szczegóły. To dowidzenia Lucjuszu. Miło się rozmawiało.

- Tak miło. Naprawdę się cieszę że cię poznałem Harry nie Rin. To bezapelacyjnie będzie intrygujący rok.- Na twarz mężczyzny wypełzł przebiegły ślizgońska uśmiech.- Salazar ma swoje sprawy. Potter który nie trawi tego starego wariata do tego ja i mój syn. Będzie się działo. Ciekawi mnie też sam Dumbeldore. Czym tak zniechęcił do siebie chłopaka i co najważniejsze czy o tym wie? Czy zna prawdziwą twarz swojego najważniejszego pionka? Hmmm.