Translate

piątek, 6 czerwca 2014

4. POKÓJ I KSIĘGA
„Hmmm. To naprawdę ciekawy dzień. Nigdy bym nie pomyślał że spotkanie ze Ślizgonami może być tak odstresowujące. A może to tylko fakt że mogę trochę opuścić swoje ściany.
- Jesteśmy na miejscu sir.- Powiedział z przejęciem skrzat.
Kiedy Harry zdejmował czar z obrazu stworzenie zorientowało się w prawdziwej mocy tego chłopca. Mimo wierności względem swego pana czuł przemożną chęć pomocy czarodziejowi. To pragnienie pochodziło z wewnątrz. Potter nie zdając sobie sprawy jak jego magia wpłynęła na Drowa położył rękę na pustej ścianie. Poczuł ciepło. „Więc tu je ukryłaś. Drzwi do twojego pokoju.” Nagle jego palce napotkały małe, nieznaczne wgłębienie. Normalna osoba uznała by to tylko za dziurkę w ścianie jednak Harry wyczuł mrowienie magii w tym wyżłobieniu. Miała kształt sześcioramiennej gwiazdy z głębiej odciśniętym kołem w środku. Zielonooki przeniósł spojrzenie na swoją lewą rękę. Uniósł nad nią prawą po czym zamkną oczy i uwolnił minimalną wiązkę czaru. Dłoń stała się jeszcze szczuplejsza, pokryta wieloma bliznami jak i świeżymi ranami. Na małym palcu widniał damski pierścionek z oczkiem rubinowym okrążonym sześcioma szmaragdami. Chłopiec przytkną pierścionek do otworu w ścianie. Mur znikną. Przed nimi pojawiły się zwykłe drewniane drzwi. Potter wyciągną rękę. Nacisną klamkę i wkroczył pewnie do pomieszczenia. Podczas gdy przechodził przez futrynę otoczyła go potężna starożytna magia. Miała ona za zadanie strzec pomieszczenia przed intruzami paląc nienaznaczonych. Skrzat patrzył na to z przerażeniem. Chęć pomocy chłopcu sprawiła że bezmyślnie ruszył mu na pomoc. Harry widząc to wyciągną rękę powstrzymując go.
- Nie podchodź! To niebezpieczne! Mi nic nie zrobi.- Gdy skończył mówić magia wyciszyła się i przepuściła go dalej.
Miejsce do którego wszedł na pewno nie przypominało pokoju, już bliżej mu było do bazy wojskowej.  Na ścianach wisiały gabloty z bronią. Od schuriken’ów, katan, noży, mieczy, łuków czy włóczni po strzelby, muszkiety, karabiny, bazuki, granaty czy bomby. Pod oknem stało 5 komputerów. Obok nich WIELKIE regały z książkami magicznymi jak i mugolskim. Podłoga pokryta była pomarańczowym stonowanym dywanem a po lewo od drzwi stało zielone łóżko. Najbardziej niezwykła jednak była, przesycona magią, przestrzeń pomieszczenia. Harry podszedł do szafy wciśniętej pomiędzy łóżko a biblioteczkę. Otworzył ją. Była pusta. „No cóż, a czego ja się spodziewałem? Przecież nie mieszkałaś tu już na długo przed śmiercią.” Odwrócił się i podszedł do książek. Wyciągną rękę i zaczął przesuwać po ich grzbietach. „Większość czytałem. Wreszcie wiem skąd je dla mnie brałaś. A to co?” zatrzymał rękę na stalowej księdze. Wyją ją ostrożnie i przyjrzał się jej. Na głównej stronie widniał herb samego Salazara Slytherina. Tytuł napisany był w dwóch językach. Część pierwsza w języku runicznym „Dziedzictwo” a druga w mowie węży „magii”. „Hmmm. Ciekawe co to znaczy. Może naprawdę jest to historia magii ale w takim razie co ma z nią wspólnego Slytherin?  Warto by było to przeczytać. Teraz raczej nie dam rady. Jak niedługo nie wrócę to pewna zołza urwie mi głowę albo gorzej doniesie o tym staremu zgnilcowi. Poproszę Lucjusza żeby mi ją dał. On i tak nie jest w stanie jej przeczytać więc może nie będzie robił kłopotów. Z drugiej strony to jednak Malfoy i ślizgon a oni tak łatwo nie porzucają swojej własności. Jak by go tu przekonać? Mam! Przecież Sarka ukryła tu gdzieś ich sztylet rodowy o całkiem potężnej mocy. Z tego co pamiętam to ukradła go ojcu kiedy ten chciał ją oddać w ręce Voldiego. Potem już tu nie wracała. Tylko gdzieś ty to włożyła?” Harry zdjął okulary i rozejrzał się jeszcze raz po pokoju, ale nie znalazł nic godne uwagi. Zwrócił wzrok na nowo ku książką. Uśmiechną się. „Mam cię aniołku.” Jedna z książek wyraźnie pokryta była złotą poświatą. Chłopak ponownie założył okulary a następnie sięgną po stary odrapany wolumin. Otworzył go ostrożnie. Jak się spodziewał w środku były normalne zadrukowane kartki.  „Jak zawsze perfekcjonistka.” Pomyślał  po czym nagryzł palec i przyłożył do jednej ze stron. Księga zapłonęła niebieskim ogniem nie raniąc go jednak. Po kilku sekundach ogień rozproszył się. Teraz Potter trzymał w ręku standardową Mugolską książkę-schowek na broń. Zamiast pistoletu leżał w niej jednak starannie wykonany sztylet. Utrzymany w kolorach zieleni i krwistej czerwieni. Rękojeść ozdobiona została herbem rodu Malfoya. Harry zamkną księgę na nowo. Miał co chciał. Odsuną się od regału i skierował do wyjścia. Skrzat czekał na niego niecierpliwie chodząc w kółko przed wejściem i umartwiając się że „pierwszemu wśród władców kręgu” może się coś stać. Sam nie wiedział dlaczego nazywał tak tego niepozornego człowieka ale jego magia za którą zawsze podążał tak mu mówiła i nie zamierzał tego zmieniać. Jak tylko czarnowłosy pojawił się z powrotem stworzenie stanęło gotowe wykonać jego rozkazy. Tymczasem przejście do tajemniczego pokoju na nowo się zamknęło pozostawiając pustą ścianę.
- Drow mógłbyś zaprowadzić mnie do pana Malfoya?                                                                                              
- Oczywiście sir.
Ruszyli korytarzem skrzat szedł z przodu a Harry z tyłu nadal. Rozmyślając o tajemniczej księdze. „Skąd ty to wzięłaś? Czy to możliwe że Salazar wcale nie był zdrajcą? Co się wtedy tak naprawdę stało? I najważniejsze czy to jest na pewno to co myślę a nie jakaś baśniowa opowieść? Oby. Jeśli to to wtedy nadal. Jest nadzieja.” Harry podniósł głowę zdziwiony tym że stanęli. Przed oczami miał drzwi do salonu. Otrząsną się z zamyślenia i sięgną po klamkę.
- Pana ręka sir!- Zaskrzeczał ostrzegawczo skrzat. Ten dźwięk do końca rozbudził Harry’ego.
- Ach. Dziękuje.
Tym razem zielonooki jedynie przymkną oczy a ręka wróciła do pierwotnego stanu. Teraz już bez problemu otworzył drzwi. Na nowo założył maskę nonszalancji i z rozmachem wkroczył do pomieszczenia po czym rzucił się na sofę.
- Witaj Lucjuszku.
-Nie przypominam sobie abym pozwalał ci mówić do mnie po imieniu nie wspominając już o tej wstrętnej formie którą wymyśliłeś! Poza tym kto uczył cię manier?! To przejaw braku kultury siadać zanim cię zaproszą.
- Blablablablablabla. Długo jeszcze będziesz mi wytykał te głupoty czy może wreszcie usiądziesz i przyjrzysz się moim znaleziskom bo jak zakładam twoje zaklęcie monitorujące ma się bardzo dobrze a czerń jest wprost zatrważająco pasjonująca?- Starszy mężczyzna powoli wypuścił powietrze próbując nie wybuchnąć. Oczywiście zdawał sobie sprawę że chłopak ma racie ale nie zmieniało to faktu że go niebywale irytował. - Dobra już daj spokój z tą miną ala Kuba Rozpruwacz przy pracy. Jestem po prostu padnięty od prawie tygodnia nie spałem a teraz pewnie znowu zarwę nockę. Proszę.- Mówiąc to podał mu czarną książkę.- Otwórz powinna ci się spodobać.
Mężczyzna odebrał przedmiot z ręki chłopca i przyjrzał mu się uważnie. Po namyśle otworzył go. Tego się nie spodziewał. Zamiast stron znalazł tam zaginiony sztylet rodowy. Ostrożnie wręcz z czcią ujął go w dłoń. Czarną oprawkę odłożył na stuł. Zaczął obracać go w dłoni. Jego oczy świeciły z podniecenia.
- Potem się tym pobawisz. Teraz lepiej mi powiedz czy wiesz coś o TEJ księdze.- Lucjusz niezadowolony że ktoś a konkretnie Potter przerywa mu tę nabożną chwilę podniósł gniewny wzrok. Jednak gdy tylko natrafiły na przedmiot do którego odnosił się chłopak rozszerzyły się w szoku. Mężczyzna skamieniał z przejęcia. „Czy wiem co to jest? W co ty sobie ze mną pogrywasz Potter! Każdy szanujący się członek czarodziejskiego społeczeństwa powinien o tym wiedzieć. Dziedzictwo magii dzieje od pierwszej z pośród czarodziejów aż do dzisiaj opowiedziane przez magie zawartą na stronach tej księgi. Napisana dwoma a nawet większą ilością magicznych języków. Bezcenna i równie bezwartościowa.” Mimo wszystko ciekawość skłoniła starszego mężczyznę do sięgnięcia po artefakt. Pod jego dotykiem węże spokojnie śpiące na okładce zbudziły się i zaczęły ożywać.(mam na myśli aspekt 3D) Syczały i ustawiały się do ataku. Pomimo swej grozy wyglądały pięknie. Zdawały się być przepełnione magią i mistyczną mocą. Od razu stawała się wyczuwalna ich niewiarygodna potęga. Skóra im migotała w niezwykłym świetlnym odcieniu tęczy.
- Niegodny! Odejdź! Zgiń! Niegodny! Umrzyj! Niegodny!- Syczały jeden przez drugiego. Wtem najbliższy ręki Malfoya zaatakował.
- Stójcie! Dość!- Odsyknął gniewnie Harry.  Węże się zatrzymały jakby jakaś niewidzialna siła odgrodziła je od ich celu. Największy skierował wzrok na chłopca.
- Czemu nas powstrzymałeś dziedzicu? On jest nieczysty! niegodny dotknąć tej księgi!
- Dziedzicu? Czyim mam być dziedzicem?
- Och, jestem pewny że wiesz i to nie od dziś. W końcu poznałeś strażniczkę.
- Więc jednak. To naprawdę TA księga o magii. Przekazywana jedynie dzieciom rodu królewskiego Asagawa. A w czasie ich nieobecności strzeżona przez strażników.
- Owszem. Więc chłopcze dopełnijmy tradycji. Jam jest Viakor JEJ przyjaciel w pętli czasu zaklęty. W twe ręce się oddaje i ci mą wiedze powierzam jak przed tobą memu panu poprzedniemu Sakralowi Asagawie.
- Jam jest dziecię krwi piekielnej i anielskiej. Nazwisko me magią pradawną wypisane Asagawa brzmi a imię Rin. Ciebie Vikorze i twój dar z pokorą przyjmuję.- Zielonooki poczuł mrowienie magii na ręku. Jego lewy nadgarstek rozbłysnął. Po chwili zdobiła go stylowa zielono czarna bransoletka w kształcie węża o rubinowych oczach.- Vikorze wiesz może jak brzmiało miano Sakrala wśród nienaznaczonych?- Spytał ciekawie chłopiec nadal. Przyglądając się nowej ozdobie.
- Dużo minęło od niego czasu i ludzkich pokoleń dla mnie jednak to nadal jakby wczoraj. Tak pamiętam Salazar Slytherin. 
- Nie powiem że jestem zaskoczony bo bym skłamał, ale nie spodziewałem się że od jego śmierci nie narodził się nikt inny. To powoduje nie lada problem.
- Niestety masz racje. Królewska magia wymiera a pieczęć słabnie.- Harry zasępił się. To zdecydowanie nie była dobra wiadomość. To co może się stać  przewyższa nawet dzieło zniszczenia wszystkich mrocznych lordów jakich pamięta historia. Westchną. Usiadł i podparł rękami głowę.
- To fatalna wiadomość.
Malfoy widząc zmartwienie chłopaka wreszcie otrząsną się z szoku. Popatrzył najpierw na zielonookiego potem na węże i z powrotem. „Skoro nawet ciebie to martwi musi być to coś naprawdę ważnego. Kim ty, do cholery tak naprawdę jesteś? Najpierw język runiczny teraz wężomowa a do tego władza nad tą księgą. Co będzie następne? Chyba wole nie wiedzieć. Do tego księga dziejów magii niebezpieczna ale za to jak potężna. Ciekawe co ma wspólnego z Salazarem Slytherinem? Herb noszony jedynie przez założyciela i ten na książce są identyczne. Nawet Lord nie miał do niego prawa więc czemu odpowiada na Pottera. Co się do diabła dzieje?” Spojrzał na Harry’ego podejrzliwie. „Robi się coraz ciekawiej. Nie mogę się doczekać jutra. W końcu mam być nowym nauczycielem obrony przed czarną magią. Teraz lepiej spruje się dowiedzieć co takiego sprawiło że nawet on jest strapiony.”
- Potter raczysz mi może wyjaśnić co sprawiło że wyglądasz jak 1000 nieszczęść?
- Jeśli tak próbuje pozyskać pan ważne informacje to już wiem dlaczego wielu uważa pana za demona. Ród królewski wymiera a wraz z nim starożytna magia. Jakby tego było mało pieczęć na wrotach piekieł słabnie. Już niedługo możemy być światkami jej otwarcia.- Blondyn skamieniał. Tego z pewnością się nie spodziewał.
- Po czym to niby wnioskujesz?- Zapytał groźnie lecz z nutą drżenia w głosie.
- Słyszał pan może kiedyś historie narodzin magii wśród ludzi?- Mężczyzna prychną oburzony.
- Potter za kogo ty mnie masz?! Oczywiście że słyszałem. Jak zresztą każdy czysto krwisty, co ma ona jednak do rzeczy?
- Do zrozumienia tego co się dzieje będzie panu ona niezbędna. Dla pewności pozwolę sobie ją przeczytać. Nie ma pan nic przeciwko?- Niebieskooki w pierwszej chwili chciał mu zabronić ale gdy dotarł do niego sens słów chłopaka zrozumiał że oto ma przed sobą jedyną i niepowtarzalną szansę poznania choć minimalnej części historii zapisanej w tej pradawnej książce.
- Oczywiście jeśli cię to uszczęśliwi. Ale to tylko strata czasy.- Harry wziął do ręki księgę. Węże ułożyły się wygodnie w okładce a zielonooki otworzył dzieło na pierwszej stronie i zaczął czytać 
 - Na ziemi panował potworny mrok. Wrota piekieł stały otworem. Pan ciemności gnębił ludy tej planety. Wśród elfów młoda i piękna Anabel, siostra Arrona, patrzyła na potęgę Morkana. Zadziwiał ją brak dobra w sercu potwora. Uważała za niemożliwe istnienie tak strasznego zła. Postanowiła wyruszyć do Kolladaru- piekielnego państwa-aby ubłagać strasznego władcę cieni, który porwał jej ojca i go torturuje. Miała nadzieje, iż zostanie wysłuchana a jej prośba uwolnienia ojca spotka się z pozytywnym odzewem.
Gdy dziewczyna dotarła na wysuszone i wypłowiałe pola zaczęła wątpić czy jej się uda. Nie wiedziała, że oczarowany jej urodą i odwagą Demon obserwuje ją. Po długiej i wycieńczającej podróży dotarła wreszcie nocnych wrót. Nagle usłyszała potężny głos:
-Kim, że jesteś dziewko?!- Przerażona i niezdolna odpowiedzieć szukała właściwych słów, lecz na próżno. -Odpowiedz!- Rozległ się ten sam głos. Po długiej chwili zdołała odpowiedzieć.
-Ja jestem Anabel córka Andana. -Choć próbowała nadać swojemu głosowi spokojny i pewny ton, nie udało jej się to. Głos jej drżał. Nadal rozglądała się dookoła.
Morkan przyjrzał się uważnie dziewczynie. "A więc była córką przywódcy rebelii i do tego elfką. Powinien ją zabić lub zamknąć wraz z ojcem." Pomyślał. Spojrzał znów swym czarnym jak węgiel okiem na smukłą, niebieskooką niewiastę o długich blond włosach. Nie mógł jej skrzywdzić. Była taka niewinna i delikatna. Jego rozterki przerwał cichy melodyjny głos dochodzący z pod bram.
-Panie ciemności, jeśli mnie słyszysz proszę cię, błagam pozwól mi mówić. Potem możesz zrobić ze mną, co chcesz.- Nagle rozległ się szloch, który przerwał słowa podróżniczki.- Wypuść mego ojca i pozwól mu odejść. Ze mną zrób, co zechcesz, zabij, uwięź, torturuj, tylko go uwolnij. Oszczędź go. Proszę.- Teraz przerwała już na dobre, a jej płacz odbijał się o ściany jego komnaty.
Wstał. Nie mógł znieść jej łez. Pierwszy raz odkąd porzucił los anioł i stał się upadłym poczuł, że ma serce. Nie wyobrażał sobie, aby mógł nie spełnić jej prośby. Już wiedział, że to zrobi bez względu na to czy córka Andana zgodzi się na jego warunki. Postanowił sam otworzyć jej wrota swego królestwa. Wyszedł i skierował się do ogromnych, czarnych bram nocy.
Anabel siedziała z podkulonymi nogami obejmując je rękoma. Cała dygotała od płaczu a może z zimna. Nic ją już nie obchodziło. Pragnęła tylko, aby jej ojciec był wolny. Jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić uznała za nieważne. Ciekawiło ją, czego ten, którego wszyscy się bali i nazywali go Najokrutniejszym pośród demonów zażąda od niej. Wiedziała, że musi temu podołać inaczej straci tatę. Z rozmyślania wyrwał ją odgłos otwieranej bramy. Wstała i spojrzała w tamtą stronę. Była pewna, iż ujrzy obrzydliwego orka, podstępnego gremlina, okrutnego czarta lub, czego najbardziej się bała wampira. Za bramą stał jednak wysoki, opalony brunet o czarnych oczach. Miał wspaniałą budowę ciała i ładnie rzeźbioną twarz. Podeszła do niego bliżej by mu się przyjrzeć. Gdy się zbliżyła zapytała go:
-Kim jesteś panie? Mam nadzieje, że nie synem księżyca.- Młodzieniec spojrzał na nią uważnym wzrokiem.
-Nie, nie pochodzę z tej rasy. Orkiem ani gremlinem także nie.- Powiedział to głębokim męskim głosem.
-Ale on cię przysłał? Jesteś jego sługą? Nigdy o tobie nie słyszałam. Czy twój pan mnie wysłucha?- Chłopak uniósł rękę próbując przerwać jej pytania. Spokojnym i opanowanym głosem rzekł
-Nie on mnie tu przysłał i nie jestem jego sługą.- Dziewczyna z przestrachem się cofnęła.- Wiesz już, kim jestem?- Spytał obserwując jej reakcje.
-Nie i nie chce. Przyszłam do niego. Muszę z nim zamienić kilka słów.- Te słowa wypowiedziała z histerią i rozpaczą w głosie.
-Mówisz z nim moja droga. Ja jestem Morkan pan i władca ciemności.- Mówiąc to rozwiną swe czarne jak noc skrzydła które dotąd były ukryte pod luźno zawieszonym na plecach płaszczu. Patrzył na jej reakcje. Zdziwienie przeszło w niepewność i strach.
-Nie wiedziałam, że pan jest nim. Ja przepraszam. Myślałam, iż wygląda pan inaczej. Sądziłam, że nie jest pan człowiekiem.- Nagle spostrzegła na sobie jego czujne spojrzenie. Zamilkła.
-Więc, za kogo uważają mnie elfy?- Odparł z kpiną.- Za trójgłowego smoka, a może człowieka o rogach na głowie i kozich nogach?- Zobaczyła gniew w jego oczach. Jeśli chciała uratować ojca musiała zdobyć się na odwagę. Postanowiła zmienić temat.
-Czego pan ode mnie żąda?
-Nie tak szybko moja droga. Najpierw odpowiesz na moje pytanie potem ja na twoje. Jeśli nie to żegnam.- Odparł lodowatym tonem, lecz w duchu się uśmiechał. Musiał przyznać. Była niezwykła. Czekał. Wreszcie na niego spojrzała i wymamrotała:
-U nas postrzegają Władcę ciemności jako przerażającą bestie, której widok może zabić.- Mówiła coraz ciszej.- Ma ona wzrok, w którym czai się zło i nie rozświetlona ciemność. Wokół tego potwora jest czarna mgła, która nigdy nie niknie. Powstały z piekieł by na ziemi poszerzyć swoje królestwo.- Nagle przerwał jej jego serdeczny i przenikliwy śmiech. Popatrzyła na niego zdezorientowana. Czy ktoś taki mógł się cieszyć?
-Dlaczego tak na mnie patrzysz pani? Czyżbyś nigdy nie słyszała jak ktoś się śmieje? Żałosne z was istoty. Owszem oczy moje są czarne jak niczym nie rozświetlona noc a ja sam jestem Panem piekła lecz na ziemi jestem równie śmiertelny i ułomny jak człowiek. Tu niczym się od nich nie różnie.
-Przepraszam, po prostu mnie to zdziwiło.- Spojrzała na niego niepewnie.- Nie jesteś jak zwykły człowiek, lecz potężny, zakazany i bardzo pociągający czarny anioł któremu chciałabym się oddać.- Powiedziała to tak cicho by tylko nie usłyszał. Podniosła głowę. Gdy spojrzała w jego oczy zrozumiała, że jednak się nie powiodło.
Jej słowa przeszyły mu serce. Anabel się zaczerwieniła a on nie mógł nad sobą zapanować. Nie wiedział, co się z nim dzieje wielokrotnie już pociągały go kobiety różnych gatunków ale żadna tak mocno. Podszedł bliżej. Poczuł ciepło jej ciała. Popatrzył w oczy. Ujrzał w nich to samo pragnienie, co swoje. Obią ją delikatnie jak najcenniejszy skarb. Pomału się nachylił. Dziewczyna uniosła głowę i czekała. Nie cofnęła się ani nie wyszła mu na przeciw. Po chwili ich usta się spotkały. Całowali się delikatnie i powoli, ale już po upływie paru sekund pocałunek stał się gorący i namiętny. Morkan z największym trudem się od niej odsunął. Oddech mieli przyspieszony.
-To było niezwykłe i cudowne.- Wyznała po dłuższej chwili.
-Czy znasz już moją prośbę?- Zapytał.
-Tak. Boję się, ale jestem gotowa ci się oddać za wolność mego ojca.
-Czy to jedyny powód?- Przy tych słowach uśmiechał się.
-Oczywiście a cóż by miało jeszcze mieć dla mnie znaczenie.- Jej ton na nowo stał się rzeczowy.
-Więc odejdź wraz z Andanem już zapłaciłaś za jego wolność.
Jego ostra barwa głosu i rzeczy, jakie powiedział bardzo ją zabolały. Cierpienie, które przysporzyły rozdarło ją od środka.
Syn Nocy odwrócił się i odszedł w ciemność swej fortecy. Złościł się, że pozwolił sobie na coś takiego. Jego serce rozbiło się w drobny mak po jej słowach. Napotkał po drodze Sveratona przywódcę wampirów.
-Mój sługo idź po tego rebelianta i oddaj go dziewczynie, która czeka za drzwiami. Nie będzie już nam potrzebny.
Zdezorientowany krwiopijca spojrzał na swego pana, ale nie odważył się zakwestionować jego rozkazu.
-Tak jest panie.- Tylko tyle był w stanie powiedzieć. Czarny Pan odwrócił się do niego plecami odrzucając pelerynę z ramion na plecy. Odszedł.
Zimny człowiek długo patrzył na swego pana. Znał go już szmat czasu. To on go przygarnął, gdy jako młody zagubiony wampir zapuścił się w te odludne skaliste pustynie a inne demony próbowały się nim pożywić. Jednak po raz pierwszy ujrzał w jego oczach ból, przygnębienie i zdenerwowanie. Co mogło się stać? Rozmyślając skierował się do podziemnego lochu. Było to mokre i najciemniejsze miejsce w całym Kolladarze. W jednej z zatęchłych cel na posłaniu z zamoczonej i zapleśniałej słomy siedział wycieńczony elf. Wampir wziął klucze i skierował się w stronę więzienia. Na zgrzyt zamka mężczyzna odwrócił głowę. Sveraton pewnym krokiem wkroczył do celi.
-Zostaw mnie i tak nic ci nie powiem.- Głos więźnia przepełniony był bólem.
Krwiopijca jednak nie zważając na jego słowa wyciągnął go z celi. Rzucił na podłogę rozbijając tym nos elfa. Po krótkiej szamotaninie sługa czarnego władcy związał ręce więźnia grubym sznurem a nogi zakuł w łańcuch. Tak obezwładnionego rebelianta wyprowadził z lochów. Długo szli w mroku Kolladaru aż dotarli do ogromnych wrót. Wyrzeźbione na nich były stare ryty używane już tylko w języku magii. Wtedy wampir niepostrzeżenie włożył klucz od kajdan w więzy na rękach. Wyrzucił osłabionego i poranionego Andana za bramę nocy. Anabel podniosła się z ziemi i pobiegła do taty.
-Ojcze, ojcze żyjesz?- Po tych słowach upadła obok mężczyzny na kolana.
-To ty moja dziecinko. Naprawdę ty.- Uniósł ręce by dotknąć jej twarzy. Dziewczyna zauważyła więzy na rękach więźnia. Szybko je rozcięła. Zrobiwszy to znalazła klucz do kajdan. Po chwili jej tata był wolny.
-Musimy uciekać córko szybko.- Skierował się w stronę Rokonallo. Po chwili spostrzegł, iż ona nie idzie za nim tylko nadal trwa przy bramie. Wpatrywała się w czarną wierze.
-Co się stało? Czemu nie idziesz ze mną Anabel?- Zapytał z trwogą i przerażeniem.
-Nie mogę ojcze. On na mnie czeka. Ja obiecałam. Nie potrafię złamać danego słowa.- Elf spojrzał na nią ze strachem.
-Ten potwór zwrócił mi wolność mi wolność odebrał dziecko. Utrata ciebie jest większym cierpieniem niż wszystkie tortury. Wole umrzeć niż oddać mu ciebie. Zaprawdę jesteś najokrutniejszym wśród demonów Morkanie.
-On mnie nie chce. Kazał mi z tobą odejść, ale boje się, że jeśli pójdę to zabije mnie i ciebie. Proszę pozwól mi tu zostać.- Po tych słowach rozpłakała się.
-Dobrze zostań. Niedługo po ciebie wrócę a wtedy znów będziesz wolna. Obiecuje. Czekaj na mnie i swego brata. Uwolnimy cię z rąk tego tyrana.- Z łzami w oczach odwrócił się i odszedł. Serce rozdzierał mu wielki ból po utracie ukochanego dziecka. Wiedział, iż jeśli pozostanie lub zabierze ją ze sobą oboje zginą. Postanowił, więc dotrzeć do domu elfów, zebrać armie i odbić Anabel z rąk czarnego pana.
Elfka patrzyła jak Andan odchodzi. Zniknął jej z oczu. Odwróciła się w stronę bramy. Ostrożnie zastukała wielką kołatką w kształcie węża. Nic się nie stało. Usiadła i czekała. Miała nadzieje, iż Morkan wybaczy jej słowa, które wypowiedziała. Nie wiedziała, dlaczego została. Mogła przecież odejść. Musiała w końcu przyznać przed sobą, że trzymało ją tu wspomnienie jego ust i tego pocałunku. Chciała więcej. Nie była pewna tylko czy się odważy. Wrota znowu się przed nią otworzyły. Tym razem jednak nie stał w niej przystojny mężczyzna, na którego czekała, lecz wampir. Poznała go po długich kłach, z których spływała krew. Wstrząsnął nią dreszcz strachu i obrzydzenia.
-Czego tu jeszcze chcesz? Czyż nie otrzymałaś już swej nagrody. Ten śmieć jest wolny. Wynoś się!- Sveraton chciał zatrzasnąć bramę. W tym momencie dziewczyna szybko prześlizgnęła się koło niego. Była drobna i zwinna, więc przyszło jej to z zadziwiającą łatwością. Skierowała się w stronę mrocznego pałacu. Sługa czarnego pana w porę jednak zdążył ją złapać za ramię. Odwróciła się i wymierzyła mu z całej siły policzek. Z jego twarzy popłynęła krew. Ucisk jednak nie zelżał ani trochę. Próbowała się uwolnić. Na marne. W czasie szamotaniny spojrzała na jego policzek, ale na nim nie było już śladu rany.
-Uspokój się i odpowiedz. Czego tu szukasz?- Ton jego głosu był szorstki i władczy. Anabel stanęła spokojnie.
-Jestem córką Andana i przyszłam tu by służyć twemu panu w zamian za wolność mego ojca.- Nabrała powietrza i już miała mówić dalej, gdy ujrzała wyraz jego twarzy.
-On nie potrzebuje twojej łaski elfii pomiocie. Może sobie wziąć, kogo chce na służbę. Nie jesteś warta tego by nazywać go swym panem.- Uniósł rękę i uderzył ją z ogromną siłą. Dziewczyna zatoczyła się w ciemność i upadła.
 -Nie waż się robić tego nigdy więcej, Sveratonie! To ja wybieram sobie swoich służących.- Morkan stał na szczycie schodów wierzy.- A ty- zwrócił się do Anabel.- Powinnaś była odejść póki mogłaś. To nie miejsce dla takich jak ty. Skoro jednak tego nie zrobiłaś, odejdź teraz. Sveratonie odprowadź panią do wyjścia.- Odwrócił się by odejść.
-Nie idź, błagam pozwól mi zostać. Zrobię wszystko, czego zapragniesz.
-Naprawdę uważasz, że jeśli tu nie zostaniesz to złamie dane ci słowo. Mylisz się moja droga. Jeśli teraz nie wyjdziesz nigdy już cię nie uwolnię. Wiesz o tym.
-Tak. I taką podjęłam decyzję. Zostaje. Chce ci służyć. To powiedz, co mam zrobić a to wykonam.- Sveraton zaczął się śmiać.
-Jest środek nocy panienko. A mimo waszych opinii Książę Piekła nie jest tyranem i potworem.
-Mój drogi nie prosiłem cię o pomoc.
-Wiem panie, ale także tego nie zakazałeś. Gdzie mam ją zaprowadzić? Musi gdzieś przenocować i się ogrzać. Długo siedziała pod bramą na pewno zmarzła i zgłodniała.
-Dam sobie rade nie potrzebuje niczyjej łaski.
-Zauważyłem. Przyjacielu musze ci przyznać rację. Przeszła też wycieńczającą podróż. Wprowadź ją do białej komnaty.- Na twarzy wampira odbiło się wielkie zdumienie.
-Dobrze.- Podniósł Anabel i wziął ją na ręce.- Nie wierć się dziewczyno. To dla twojego dobra.- Władca mroku odszedł. Oni tymczasem podążyli w górę wierzy aż dotarli na sam szczyt. Gdy stanęli przed drzwiami te otworzyły się same. W świetle księżyca elfka zauważyła tylko kontury mebli.
-To jedyne miejsce w całym Kolladarze gdzie dochodzi światło. Rozgość się tu wygodnie i wyśpij. Jak zejdziesz pan poda ci, co masz robić?- Po tych słowach wyszedł. Wykończona niewiasta położyła się na łóżku i zasnęła.
Morkan z samego rana z tacą jedzenia udał się do komnaty na górze. Anabel uważała go za potwora i najgorszą istotę na ziemi. Może taki właśnie był. Lecz zamierzał względem niej zachować się inaczej. Stanął przed drzwiami komnaty. Nie otworzyły się, co znaczyło, iż była w środku. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Rozejrzał się po rozświetlonym rannym słońcem pokoju. Jak dawno tu nie był? Drewniane pokryte złotem meble stały zakurzone przy ścianach. Na środku znajdowało się wspaniałe iście królewskie łoże. Podszedł bliżej i ujrzał przecudną istotę pogrążoną we śnie. Oddech mu zaparło z wrażenia. Taca niebezpiecznie zakołysała się w jego rękach. Więc czym prędzej siłą woli odstawił ją na nocny stolik. Przysiadł na brzegu łóżka. Nachylił się i odgarnął włosy z czoła dziewczyny. Już chciał wstać i odejść, kiedy ta otworzyła oczy. Była zaspana. Wzniosła głowę i na niego spojrzała. Stał w świetle najczystszego słońca. Anabel myślała, że śni. Dlatego postanowiła spełnić swe pragnienie i go pocałować. Wyciągnęła do niego rękę i zaspanym głosem powiedziała:
-Chcesz wyjść nie całując mnie na dzień dobry.
Syn nocy stał przez chwilę nieruchomo. Myślał, że to sen. Czym prędzej podszedł do niej. Wziął w ramiona, pocałował namiętnie i długo. Elfka odwzajemniła pocałunek z jeszcze większą pasją. Nie mógł nad sobą panować. Lekko odepchnął ją na łoże. Po chwili znalazł się nad nią. Pragnęli tego samego widział to w jej oczach. Delikatnie zaczął ją całować. Najpierw w usta, policzki, czoło kiedy natknął się na jej sterczące uszko przygryzł je delikatnie
- Ach!- Jęknęła w odpowiedzi na to elfka. Morkan spojrzał na nią swoim rozżarzonym wzrokiem po czym zaczął obsypywać tym razem kark dziewczyny pocałunkami tworząc gdzieniegdzie malinki. Tymczasem jego ręce także nie pozostawały bierne. Masował jej szczupłe ciało do dołu w górę aż natrafiły na piersi. Zaczęły je ugniatać i masować. W końcu nie wytrzymał usiadł na jej biodrach po czym jednym szarpnięciem zerwał z elfki ubranie. Na widok jej nagiego ciała jego penis stał się jeszcze bardziej napęczniały. Szybko pozbył się zbędnych ubrań po czym wrócił do przerwanej czynności. Jedną ręką masował pierś kochanki drugą zaś jej uda. Na przemian ssał i przygryzał sutek drugiej piersi. Jego dłoń znalazła się na cipce partnerki. Zaczął masować i pobudzać dziewczynę. Dotąd bierna Anabel wyciągnęła ręce i pociągnęła go do pocałunku.
- Wejdź we mnie. Ja już nie wytrzymam.- Wyszeptała rozgorączkowana. Morkan zarzucił sobie nogi elfki na ramiona i jednym szybkim pchnięciem znalazł się w niej.
-Aaaaaa!- W oczach partnerki pojawiły się łzy.
- Ci. Zaraz przestanie wytrzymaj jeszcze tylko chwilę.- Czarny Anią zlizał łzy z twarzy kochanki.
- M…możesz.- Więcej nie było trzeba mężczyźnie. Zaczął się poruszać najpierw powoli ale z każdą chwilą coraz szybciej.
- Mocniej! AACH! Jeszcze! Mocniej! Ach, ach. AAAACH!!!!!!!!!!!!!!!!!!
- Moja.- Szepną jeszcze w pełni usatysfakcjonowany demon po czym opuścił wnętrze kochanki. Elfka przylgnęła do niego ufnie po czym oboje zasnęli. Obudzili się dopiero po 2 godzinach. Morkan bawił się włosami Anaben a ta spokojnie wsłuchiwała się w rytm jego serca i wdychała zapach kochanka.
- Nie wiem jak to możliwe ani jak to się stało ale obudziłaś moje serce podstępny elfie. Teraz bije tylko dla ciebie więc nie warz się mnie opuścić.- Słysząc te słowa kobieta poderwała głowę i spojrzała głęboko w te czarne oczy.
- Kocham cię szczerze. I pozostanę z tobą tak długo jak będziesz chciał a nawet dłużej.- Na przypieczętowanie obietnicy pocałowali się po raz kolejny. Potem jeszcze długo i z niezmienną pasją się kochali. Nadeszło południe. Oni leżeli w swoich ramionach nie przejmując się niczym. Czarny władca karmił elfkę już zimnym jedzeniem, które przyniósł. Oboje byli szczęśliwi. Wiedzieli już, czym jest odwzajemniona miłość. Potem jeszcze wiele nocy tak spędzili. Pragnęli się cały czas tak samo mocno. Niestety kobieta zapomniała o słowach ojca. Po trzech latach urodził im się pierworodny-, Dominiko. Dwa lata później Marek. A jeszcze po roku nadeszła kolej na córkę, której nadali imię Sara. W dawno zapomnianym języku "kwiat Nirlądu". Minęło dziesięć cudownych lat. Na świecie nie dochodziło do wojen. A wszystkie ludy żyły w zgodzie i pokoju.
Tylko Andan planował woje. W końcu postanowił wyruszyć i odbić swą córkę z rąk Morkana. Cztery dni przed rozpoczęciem bitwy w piąte urodziny dziewczynki wkroczył do Kolladaru. Rozgorzała bitwa, lecz ucztujący i świętujący mieszkańcy Czarnego Miasta byli tak zaskoczeni, że nie odparli ataku. Przywódca skierował się do wierzy wszedł do jednego z pokoi i ujrzał Mrocznego Władcę. Napiął łuk gotów zabić przeciwnika. Nie zauważył jednak swej córki pomagającej mężowi zapakować prezent. Wypuścił strzałę. Anabel bez chwili zastanowienia odepchnęła ukochanego z linii strzału. Pocisk przebił jej serce. Przerażony ojciec opuścił łuk. Pan Cienia podniósł się z ziemi i podszedł do ukochanej.
-Kocham cię Morkanie i zawsze będę- Po tych słowach umarła. Mężczyzna spojrzał na tego, który ją zabił. Światełko w jego oczach zgasło. Otoczył go mrok. Nienawidził wszystkiego. Nie potrafił już nic poczuć. Pragnął tylko zemsty na każdym, kto jest szczęśliwy. Wstał postanowił zacząć już teraz, uniósł ręce w górę.
-Ciemności przybądź i mi dopomóż! Me serce umarło! Nie potrafię już kochać! Daj mi siłę by wymierzyć karę i zdobyć władzę nad tym światem.- Wszystko wokoło zakryła ciemność. Wiele jej zaczęło wsiąkać w swego pana. Andanowi w porę udało się uciec. W chwili, gdy mrok okrył ziemie wszystkie elfy uciekły z Kolladaru. Rozwścieczony i rządny krwi władca skierował się na zewnątrz swej siedziby. Ujrzał swych synów. Ten widok pogłębił ranę po utracie Anabel. Nie mógł na nich patrzeć. Nagle jeden z chłopców wyciągną rękę a na niej zapłonął ogień. Morkan wziął to za znak. Moc, której potrzebował była w jego synach. Musiał ich zabić. Wziął chłopców na ręce i skierował się w stronę przepaści śmierci. Nie zauważył jednak podążającej tuż za nim córki. Postawił dzieci na ziemi.
-Pomóżcie mi rzucić klątwę na tych, którzy zabili waszą mamę.- Chłopcy skinęli głowami na znak zgody.
-Utwórzmy krąg. Powtarzajcie za mną. „Oto przybądźcie moi czarni synowie z śmierci powstali! Na me wezwanie do walki stańcie! Magiczne rasy wyniszczcie ludzi wybijcie a elfy do piekielnych zrzućcie kotłów. Niech ziemia piekłem się stanie.”- Skończyli przypieczętowując klątwę własną krwią. Władca ciemności ujął sztylet w prawą dłoń i podszedł do synów. W ich oczach odbijało się przerażenie. Bez mrugnięcia okiem podciął ich gardła dopełniwszy dzieła czekał na ich odrodzenie jako demonich książąt. Nagle usłyszał cichy krzyk i płacz. Odwrócił się. Za nim stała córka. Uniósł nóż, lecz ten zamienił się w kałużę, pod mocą jej wzroku. Dziewczynka z płaczem uciekła w głąb lasu aż dotarła do starego enta Witana. Usiadła i oparła się plecami o jego pień. Wiedziała, że tylko ona może powstrzymać ojca i zdjąć przekleństwo. Co prawda tylko na krótko całkowicie ale za to na zawsze ją osłabi. Niestety znała także cenę tego, co zamierzała zrobić. Wszyscy do tej pory, którzy próbowali użyć żywiołów umarli. Mimo to zaczęła śpiewać.
 Pozwolisz jednak Lucjuszu że pieśń tą pominę bo mogła by ona mieć nie za ciekawe konsekwencje w każdym razie musisz wiedzieć że jej się udało. Nawet więcej jako pierwsza to przeżyła. Ona to nadała początek linii czarodziejów. Jest także założycielką rodu Asagawa który nazywany jest królewskim. Podczas wojny w której brała udział zapieczętowała wrota piekieł pod ziemią umierając. Miała syna Nathaniela. Więcej nie wiem. Jak to przeczytam do końca to mogę ci opowiedzieć. Teraz jednak najważniejsze jest że ostatnim dziedzicem był Salazar Slytherin a powinni się oni rodzić co 500 lat.
- Ostatnim przed tobą jak rozumiem?- Upewnił się w swoich podejrzeniach Lucjusz. Kiedy chłopak przytakną pozwolił sobie dodać.- Rin, tak nazwała cię Sara na cmentarzu. To twoje starożytne imię tak?
- Nie jest to jedynie moje rodowe miano to starożytne nadal. Wolałbym zachować w sekrecie. Uprzedzając twoje pytanie nie to nic nie zmienia że dziedzic nareszcie się narodził. Straty są za duże. Pieczęć już jest uszkodzona przez co narusza równowagę świata a niektóre demony mogą się wydostać.
- Czarny Pan.
- Tak jednak tylko po części Voldemort. Pradawny demon w piekle zwany Żniwiarzem Cierpień zawładnął ciałem i duszą chłopca pogrążonego w bólu, rozpaczy i samotności. Dzięki temu przedarł się do jego ciała zza bramy piekieł. Rozpoczął swą kwestę siejąc ból, strach, poniżenie, zdradę i śmierć. To wszystko wymieszało się z urazami i cierpieniem zamkniętego wewnątrz siebie w mroku dziecka tworząc małpowatą kukiełkę Morkana imieniem Voldzio. Niestety groźniejszy od niego w swym zatraceniu jest Dropsik.- Malfoy po raz kolejny przeżył szok. „Ile jeszcze razy ten chłopak zamierza wywrócić mój świat do góry nogami? Ach po co ja o tym myślę on i tak zrobi co będzie chciał.”
- Dlaczego Dumbeldore? Przecież to chyba symbol światła.
- Kiedyś może ci powiem. Mamy caaały długi rok. Teraz lepiej będę się zbierał. Nawet Ron nie jest w stanie na tyle zająć Hermiony aby nic nie podejrzewała. Radze na nią uważać to chodząca encyklopedia zna wszystkie definicje i pochodne czy jakieś sprzeczności. Jest jak bomba informacyjna.
- Dziękuje za radę pozwolisz że cię teraz odprowadzę. 
- Spokojnie, jestem Gryffonem, nie okradnę pana.
- Och to mnie nie martwi.
- To o czym chce pan jeszcze porozmawiać?
- Może o twoim domniemanym Gryffoniźmie?
- Ależ dlaczego domniemanym? Jam jest Gryffon 100%, przynajmniej według większości.
- Hahahaha. Jesteś niewiarygodny, nawet teraz mówisz jak wąż.
- Tu nie muszę udawać. Pan nie oczekuje po mnie konkretnego zachowania. Zresztą już pan widział tą moją stronę wcześniej
- Druga klasa, tak?- Malfoy uśmiechną się do wspomnień.
- Dokładnie.
- Przyznaje, byłem nieuważny.
- Nieuważny, phi, chciałeś chyba powiedzieć ślepy z wściekłości?
- Bez przesady… Harry.- Ostatnie słowo dodał z wahaniem.
- A od kiedy to nazywasz mnie po imieniu?
- Od kiedy Potter jest oszczerstwem dla twojej inteligencji.
- Och jak słodziutko, ale przepraszam że cię zmartwię Lucjuszu, to nie cukiernia. A i wole imię Rin, spróbuj zapamiętać.
- Hogwartu też ma to dotyczyć?- Chłopak nabrał powietrza aby coś powiedzieć. Zamiast słów rozległ się czysty dźwięczny śmiech.
- Dawno z nikim tak nie rozmawiałem.- Odparł po uspokojeniu.
- Można wiedzieć dlaczego?
- Cóż jestem chłopcem-który-przeżył nie mogę być mądry, zdolny a tym bardziej przebiegły czy sarkastyczny. Dla Ślizgonów jestem wrogim nr.1 a, Gryffoni to w większości idealistyczni idioci o 0,1% mózgu wy6kożystywanym i tak na pakowanie się w kłopoty. Gdyby chociaż zostawili go na wyplątanie się z nich ale czego ja oczekuje?
- Nie mogę się nie zgodzić. Jednak panna Granger wydaje się całkiem inteligentna.
- Pozory. Zgodzę się że Hermi ma ogromną wiedzę niestety jedyne co potrafi z nią zrobić to zacytować przeczytany fragment. Rozmowa z nią to jak czytanie 50 książek naraz. Bezsensowna strata czasu.
- Ach, dość okrutne podsumowanie.
- Raczej delikatne. Ron kiedyś powiedział że jego narzeczona to podręczna biblioteka z brakiem wyboru pozycji a jedyny jej plus to, to że jest gdzie zawiesić wzrok na archiwistce.
- Och, no tak pan Weasley, jak mniemam, jeszcze gorszy towarzysz rozmów.
- Niestety nie. Jest w porządku, ale tylko na osobności.- Przez twarz chłopca przemkną smutek.- Dobra koniec tych zwierzeń.
 Czarnowłosy podniósł się i podszedł do drzwi.
- Idziesz już?- Zapytał blondyn z dziwnym żalem.
- Taa muszę. A właśnie zapomniałem spytać mogę ją wziąć?- Mówiąc to podniósł do góry trzymaną księgę.
- Spytać czy mnie poinformować? Nie ważne co powiem i tak ją weźmiesz.
- Szczegóły. To dowidzenia Lucjuszu. Miło się rozmawiało.

- Tak miło. Naprawdę się cieszę że cię poznałem Harry nie Rin. To bezapelacyjnie będzie intrygujący rok.- Na twarz mężczyzny wypełzł przebiegły ślizgońska uśmiech.- Salazar ma swoje sprawy. Potter który nie trawi tego starego wariata do tego ja i mój syn. Będzie się działo. Ciekawi mnie też sam Dumbeldore. Czym tak zniechęcił do siebie chłopaka i co najważniejsze czy o tym wie? Czy zna prawdziwą twarz swojego najważniejszego pionka? Hmmm.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz